Meine Mutter war Wärterin im KZ Ravensbrück

Henriette Setzer pracowała w obozie koncentracyjnym Ravensbrück od maja 1939 roku do początku 1942 roku, kiedy to została przeniesiona na służbę do nowoutworzonego obozu kobiecego w Auschwitz. W czasie pracy poznała niemieckiego podoficera, z którym miała romans i zaszła w ciążę, a w 1943 roku, po uprzednim zwolnieniu się ze służby, urodziła w Wiedniu córkę Dietlinde. O historii tej nadzorczyni oraz jej córki, która już jako dorosła osoba szukała śladów z przeszłości swojej matki, pisałam wcześniej na blogu.
Niedawno znalazłam ciekawy artykuł w Internecie o niemieckich dzieciach urodzonych w domach "Lebensborn" i oddanych pod opiekę albo komuś bliskiemu z rodziny, albo do zupełnie obcych ludzi. Dietlinde, chociaż urodziła się w 1943 roku, jej historia życia potoczyła się równie dramatycznie: matka zmarła w lutym 1945 roku, ojciec natomiast wrócił po wojnie do swojej żony i dzieci w Bambergu.
Historia nadzorczyni Henrietty Strecha i jej córki Dietlinde, to smutna opowieść o niemieckiej traumie pokoleniowej i poszukiwaniu odpowiedzi na trudne pytania o wojenną przeszłość.
"Często zastanawiałam się, czy sama mam w sobie mroczne strony"
Urodziłam się w czerwcu 1943 roku w ośrodku Lebensborn Wienerwald. Moi rodzice byli zagorzałymi nazistami. Moja matka była strażniczką w obozie koncentracyjnym Ravensbrück, największym obozie dla kobiet w Rzeszy Niemieckiej. Mój ojciec był starszym podoficerem w SS. Mieszkał w Bambergu i miał żonę oraz dwoje dzieci. Kiedy moja matka była w ciąży, wróciła do Wiednia, a mój ojciec po romansie powrócił do swojej rodziny.
W tamtych czasach "Lebensborn" był dla mojej matki dobrym rozwiązaniem. Program ten był przecież przeznaczony dla samotnych matek, zwłaszcza tych, które były oddanymi zwolenniczkami nazizmu. Po porodzie zostawiła mnie tam na kilka miesięcy samą pod opieką sióstr, aby mogła znaleźć mieszkanie i pracę. Następnie zamieszkałyśmy u jej siostry i jej męża. Niedługo potem moja matka zachorowała na raka jelita grubego, a po półtora roku zmarła. Niechętnie zostałam adoptowana przez jej siostrę i jej męża. On właściwie nie chciał mieć dzieci, a moja przybrana matka bardzo źle mnie traktowała.
Dopiero bardzo późno, gdy miałam już około 50 lat, dowiedziałam się, że urodziłam się w programie Lebensborn. W tamtych czasach nie mogłam o niczym porozmawiać z moją przybraną matką. Dopiero gdy trafiła do domu spokojnej starości, znalazłam w jej sypialni ukrytą teczkę. Krótko przedtem odkryłam stos listów od mojego ojca do mojej matki. Zawsze pisał, że wysyła jej papierosy, a dla "Puppilein", czyli mnie, czekoladę. Na końcu zawsze było napisane: "Heil Hitler, Niemcy zwyciężą".
Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że po śmierci mojej matki ojciec chciał mnie właściwie przyjąć do swojej rodziny. Moja przybrana matka jednak na to nie pozwoliła. Zawsze mi powtarzała: "Ta rodzina wyrzuci cię na ulicę z niczym, jesteś bękartem".
W dokumentach po raz pierwszy natknęłam się na słowo "Lebensborn". Wtedy nie wiedziałam, co to znaczy. Długo pracowałam w ORF, a pewien redaktor chciał wtedy nakręcić film dokumentalny o Lebensborn. Razem z nim po raz pierwszy pojechałam tam w 2005 roku. Do dziś mam gęsią skórkę, kiedy o tym myślę. Wtedy budynek już stał pusty, wszystko było zniszczone, brudne i chaotyczne. Ale mimo to nie było to po prostu miejsce przeznaczone do rozbiórki. Naprawdę czuło się, co się tam działo. Kiedy tam dotarliśmy, od razu spojrzałem na balkon. Jest takie zdjęcie, na którym jako niemowlę trzyma mnie na rękach siostra. Miałam to zdjęcie ze sobą, stałam dokładnie przed tym drewnianym balkonem, to było przytłaczające.
z balkonów w ośrodku Lebensborn.
Pojechaliśmy też do urzędu stanu cywilnego w Pernitz, gdzie mogłem zapoznać się z aktami. Znajdował się tam również protokół opisujący zachowanie mojej matki w programie "Lebensborn". Opisano ją jako dobrą nazistkę. Co prawda ze swoimi czarnymi włosami i mocno opaloną skórą nie wyglądała zbyt "aryjsko", ale posiadała zaświadczenie o pochodzeniu aryjskim i zgodnie z dokumentami była bardzo lojalna wobec reżimu. Urzędnik stanu cywilnego powiedział mi wtedy, że wiele osób chce obejrzeć te akta tylko po to, by je potem podarować – ponieważ nie chcą, aby zostały one zarchiwizowane. Urodzenie się w programie Lebensborn jest dla wielu piętnem, stygmatem.
Ja sama nigdy nie uważałem tego za skazę, ponieważ nie mam z tym nic wspólnego. Jednak do dziś często myślę o czynach mojej matki. W tamtych czasach, jako strażniczka w obozie koncentracyjnym Ravensbrück, wyróżniała się szczególną brutalnością i znęcała się nad więźniami. Po jej śmierci odbył się proces przeciwko niej. Była znana ze swojego owczarka niemieckiego, Maro, i swojego bata. Dwóch ocalałych opowiadało, że zawsze, gdy więźniowie wracali z pracy wyczerpani i przemoczeni, moja matka kazała im biegać w kółko, a psa posyłała za nimi. Ten rzucał się wtedy na tych, którzy nie mieli już siły. "Muszą się rozgrzać" – mawiała przy tym zawsze.
Kiedy przeczytałam to w aktach sądowych, załamałam się. Byłam tak zszokowana, że aż straciłam grunt pod nogami. Do tej pory miałam o niej bardzo ciepły, pozytywny obraz. Zawsze opisywano mi ją jako pracowitą i kochającą. Bardzo mnie lubiła. Sama nie czuję się winna, przecież nie mogę nic poradzić na czyny mojej matki. Ale często zastanawiałam się, czy sama mam w sobie mroczne cechy. Zawsze, gdy robiłam coś, co nie było w porządku, myślałam, że to po niej, że to geny mojej matki.
Sposób, w jaki dorastałam, miał, jak sądzę, na mnie pewien wpływ. Moja córka zarzucała mi, że nie byłam kochającą matką. Bliskość była mi obca, sama jej przecież nigdy nie doświadczyłam. Z wiekiem powracają liczne wspomnienia; przez długi czas nieustannie o tym myślałam. Czasami to mnie przytłacza. Pierwsze publiczne opowiedzenie mojej historii było bardzo wyzwalające. W końcu mogłam wyrzucić to z siebie.
Dopiero znacznie później, po śmierci mojej przybranej matki, spróbowałam nawiązać kontakt z ojcem. Sam, jako funkcjonariusz, nigdy nie poniósł żadnych konsekwencji – miał szczęście. Nie mogłam jednak z nim porozmawiać o niczym z przeszłości, bo zawsze stali za nim jego synowie i blokowali rozmowę. Mój najstarszy brat zawsze mówił, że okres nazistowski to tylko "reklama" – nawet Auschwitz, jak twierdził, wcale nie istniało. Całkowicie temu zaprzeczali. Dlatego uważam, że tym ważniejsze jest mówienie o tym publicznie. Aby ludzie wiedzieli: taka jest prawda. Tak naprawdę było.
Dietlinde Strecha (w tej historii, zgodnie z własnym życzeniem, posługuje się panieńskim nazwiskiem swojej matki) przez około 30 lat była odpowiedzialna w ORF za administrację w dziale korespondencji zagranicznej. Brała udział w filmach dokumentalnych o następstwach Holokaustu, na przykład w 2008 roku w "Was bleibt" oraz w 2010 roku w filmie "Liebe Geschichte". Jej matka była strażniczką w obozie koncentracyjnym Ravensbrück.
Źródło: www.derstandard.de
Zobacz też:




Komentarze
Prześlij komentarz