"...w Auschwitz nie wolno nam nienawidzić"
Pomoc Świętych w trudnej drodze do przebaczenia
Nie planowałam pisać informacji o świętych osobach w publikacji na temat nazistowskiej sprawczyni z Auschwitz, ale stało się inaczej i najwidoczniej - tak miało być! Mogę sobie zakładać różne scenariusze własnej opowieści, ale po drodze życie weryfikuje moje plany. Tak też było w tym przypadku: najpierw "przyszedł" Maksymilian Kolbe, potem z całym impetem "wjechała" Joanna d'Arc, a na końcu "pojawiła się" Święta Łucja z oczami na płaskiej tacy.
Prowadząc swoje badania naukowe często chodziłam do mojej ulubionej "Biblioteki na Koszykowej" i tam przeglądałam wiele artykułów prasowych oraz książek, których tematyka dotyczyła historii Auschwitz. W dziewiątym numerze miesięcznika "Znak" z 1971 roku, znalazłam ciekawy tekst "Psychopatologia władzy", w którym autor, Antoni Kępiński, analizuje różne ludzkie zachowania i reakcje w obliczu przemocy oraz dyscypliny obozu koncentracyjnego. Problem władzy od zawsze fascynował ludzi - dzisiejszy świat również podlega "prawu silniejszego". Tak, życie człowieka to nieustanna walka o dominację.
1971 to rok beatyfikacji ojca Maksymiliana Marii Kolbego. W tym samym wydaniu miesięcznika zamieszczony był artykuł "O. Maksymilian Kolbe", autorstwa Apoloniusza Żynela, franciszkanina, który w swoich tekstach często poruszał kwestie zagadnień związanych z duchowością, człowieczeństwem, wiarą i kulturą. Z dużą uwagą przeczytałam tekst o Maksymilianie Kolbe, który jest dziś uważany za osobę świętą oraz za męczennika kościoła katolickiego. Nie da się oddzielić historii tego człowieka od jego śmierci głodowej w obozie Auschwitz. Jestem ciekawa czy na nowej wystawie w Muzeum Auschwitz została zamieszczona jego biografia? Maksymilian Kolbe "przewijał się" w moim życiu co pewien czas. Kilka razy byłam w Niepokalanowie, gdzie mieszkał i pracował. Jego wizerunki utrwalone zostały na setkach obrazów zdobiących wnętrza polskich kościołów, zwłaszcza tych w mieście Oświęcim.
"Przy współczesnych środkach informacji trudno sobie wyobrazić, by mogła przejść bez echa nowa beatyfikacja czy kanonizacja jakiegoś świętego. Pojawiają się różne komentarze i refleksje. Dla wierzących będzie to przypomnienie lub przynajmniej zwrócenie uwagi na fakt, że świętość nie zamarła jeszcze zupełnie na ziemi, lecz wciąż żyje i owocuje w ludziach. Wyniesie bowiem kogoś na ołtarze i rozsławienie jego imienia po całym świecie chrześcijańskim jest dużym wyróżnieniem i stanowi słuszny tytuł do chluby dla społeczeństwa, które go wydało. Jest to również okazja do poważniejszej zadumy i głębszej refleksji dla każdego, nad jego osobistym ustosunkowaniem się do sakralnych wartości i chrześcijańskiego ideału życia".
Apoloniusz Żynel, "O. Maksymilian Kolbe", "Znak", nr 9 (207), Kraków 1971.
zmierzył się z własną traumą poobozową, 2017.
Apoloniusz Żynel, "O. Maksymilian Kolbe", "Znak", nr 9 (207), Kraków 1971.
Apoloniusz Żynel, "O. Maksymilian Kolbe", "Znak", nr 9 (207), Kraków 1971.
To prawda, co napisałam w swojej publikacji, że będąc we Francji, szukałam pomników Joanny d'Arc - mojej patronki. Francja przesiąknięta jest Joanną d'Arc. Z każdego wyjazdu do tego kraju przywożę nowe zdjęcia pomników lub obrazów z Joanną d'Arc. Postać walecznej dziewczyny zawsze była mocno obecna w moim życiu. Tym większym zaskoczeniem były dla mnie informacje z 1946 roku, kiedy w niemieckiej prasie pojawiły się porównania Irmy Grese do Joanny d'Arc. Napiszę o tym osobny artykuł, bo sprawa jest bardzo ciekawa - spróbuję zestawić ze sobą biografie tych dwóch młodych kobiet.
Jednak wiadomo, że Joanna d'Arc była Joanną d'Arc, a Irma Grese była Irmą Grese. Osobiście nie wierzę w takie reinkarnacje, w tym przypadku podobne działanie nie byłoby udane. Chociaż obie kobiety żyły w czasie wojen i podążyły za swoim głosem serca, to cel jaki przyświecał ich misji, był zdecydowanie różny od siebie. Mimo to po wielu latach, mogę dziś stwierdzić, że jedna moja patronka (od imienia) została spalona na stosie, a patronka od bloga (działalności internetowej o nadzorczyniach) - została powieszona. Obie skończyły swój żywot w haniebnej egzekucji: będąc posądzoną o herezję lub zostawszy osądzoną jako zbrodniarz wojenny.
Zarówno Joanna d'Arc jak i Irma Grese nie chciały umierać jako osoby potępione. Śmierć na średniowiecznym stosie przewidywano dla kobiet posądzonych o czary: "Joanna, która zwała siebie Dziewicą, kłamczyni, zgubnie oszukująca lud, czarownica, przesądna, bluźnierczyni przeciw Bogu, zniesławiająca wiarę Jezusa Chrystusa, samochwalcza, bałwochwalcza, okrutna, rozwiązła, przywołująca demony, apostatka, schizmatyczka i heretyczka" - głosił napis przybity do pala na stosie egzekucyjnym w Rouen w 1431 roku. Natomiast śmierć przez powieszenie, która w XX wieku wciąż była śmiercią hańbiąca - została zasądzona dla nazistowskich zbrodniarzy. Irma Grese pisała o swoich lękach w liście do siostry, chcąc wcześniej popełnić samobójstwo, "aby nie zostać powieszoną jak czarownica".
Pisząc w 2025 roku o Joannie d'Arc w książce dotyczącej Irmy Grese, postanowiłam wrócić do swojej patronki i kontynuować podróże nie tylko śladami niemieckiej zbrodniarki, ale też pojechać do miejsc związanych z życiem "Dziewicy Orleańskiej". Bardzo często podejmując jeden temat historyczny, płynnie przechodzi się do innego tematu, na pozór w ogóle nie łączącego się z tym poprzednim. Jak pokazała historia ze "świętą Irmą z Belsen", można zestawić ze sobą działalność dwóch kobiet, które dzieliło kilkaset lat i poszukać śladów z przeszłości, które mają realny wpływ także na współcześnie żyjących ludzi.
Trudno jest dziś wyobrazić sobie, co czuli ludzie, których skazano na śmierć i jak próbowali pogodzić się z wyrokiem. Staram się to zrozumieć choćby w minimalnym stopniu, ale mam wrażenie, że za każdym razem przegrywam ze swoimi myślami. Z pewnością sylwetki Maksymiliana Kolbego oraz Joanny d'Arc wpisały się na trwałe w historię ludzkości i dziś są przykładem świętości potrafiącej w chwili śmierci przebaczyć swoim nieprzyjaciołom.
Każdy ma swoją Golgotę, tylko nie każdy jest świadomy, co to słowo konkretnie dla niego oznacza. Po wielu latach "obcowania" z nazistowskimi sprawcami zrozumiałam, że moją osobistą Golgotą jest więzienie w Hameln, którego zawsze się bałam, odkąd dowiedziałam się o przeszłości tego miejsca. Zaczynając pisanie książki miałam wiele wątpliwości i obaw czy wracać ponownie do tej historii, gdyż oznaczało to także powrót na "szubieniczną Golgotę" - a tego przecież bałam się najbardziej! Nikt nie chce sam z siebie patrzeć w ciemność...
Dziś mogę się już nawet lekko uśmiechnąć, że w 2014 i 2016 roku trzęsłam się ze strachu spacerując po terenie czterogwiazdkowego hotelu nad Wezerą, ale w mojej głowie to miejsce i czas zatrzymały się na grudniu 1945 roku i ruszyć dalej nie chciały: przyjeżdżając tam, wpadałam w jakąś dziurę czasoprzestrzenną. To nic dziwnego, że ludzie reagują emocjonalnie na widok śmierci, choćby nawet pod postacią starego hotelu. Joanna d'Arc, kiedy pokazano jej przygotowany dla niej stos - też na chwilę załamała się, zmieniła swoje zachowanie licząc na wycofanie oskarżeń wobec niej. Przejście przez własną Golgotę jest koniecznym etapem, po którym już zupełnie inaczej patrzy się na sens długiej podróży. Może nawet też inaczej patrzy się na samego siebie.
W dniu 81. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau wiadomo już, że hasło "nigdy więcej wojny!" nie sprawdziło się w Europie. Wiadomo też, że "jakiś Auschwitz czasem spada nam na głowę" rozdrapując bolącą ranę przeszłości. Ludzie są słabi i często powtarzają te same błędy. Przez ostatni rok byłam w miastach, w których działy się okrutne i traumatyczne wydarzenia przesiąknięte zapachem śmierci. Tam, gdzie kiedyś ludzie umierali w wyniku brutalnych egzekucji, gdzie płonęły stosy, dymiły krematoryjne kominy i otwierały się szubieniczne zapadnie - dziś znajdują się miejsca modlitwy i skupienia. Nigdy nie zapomnę niezwykłej chwili, kiedy stałam wieczorem na hotelowym dziedzińcu w Hameln, a od ścian budynku starego więzienia odbijał się donośny dźwięk dzwonu z katedry po drugiej stronie ulicy. W kościołach i kaplicach spotykałam ludzi pogrążonych w rozmowach z Bogiem. Londyn, Fürstenberg nad Hawelą, Oświęcim, Hameln czy Syrakuzy - schemat był ten sam. Wchodząc do tych kościołów lub przyklasztornych kapliczek, zawsze usłyszałam jakieś mądre słowa, które były dla mnie wskazówką do dalszej podróży.
Nie chciałam kończyć swojej opowieści o Irmie Grese w tak smutny i traumatyczny sposób, jak zazwyczaj kończą się wszystkie publikacje opisujące biografię tej nadzorczyni. Powiem wprost: nie lubię smutnych zakończeń! Dlatego uparcie szukałam czegoś innego, co mogłoby przełamać ten dotychczasowy, depresyjny schemat. I właśnie wtedy, całkiem przypadkiem, "znalazłam" Świętą Łucję, jednak po chwili uzmysłowiłam sobie, że... znałam ją już wcześniej! Jestem wzrokowcem i dobrze pamiętałam wizerunki kobiety ze świeczkami na głowie, które pojawiały się w polskiej telewizji. Nie skojarzyłam jednak tego wizerunku ze Świętą Łucją.
Dziś jestem fanką Świętej Łucji, chociaż nie wiem, czy można w ten sposób mówić o relacjach względem osób z kręgu religijnego. W 2024 roku już wiedziałam, że pisząc książkę "Schnell!" chcę zobaczyć na własne oczy Syrakuzy, bo jestem jak ten "niewierny Tomasz" - zawsze muszę sama wszystkiego doświadczyć i dotknąć - aby uwierzyć. Ta namacalna bliskość z wydarzeniami z przeszłości, o których piszę i z osobami, które kiedyś były w tych samych miejscach - pomaga mi zmniejszyć dystans oraz lepiej zrozumieć to, co czuję. Takie podejście wymaga nakładu większej ilości czasu oraz pieniędzy, aby fizycznie przemieścić się niekiedy w odległe rejony. Jestem jednak uparta i jeśli chcę gdzieś pojechać, to zrobię wszystko, aby zrealizować swój zamierzony cel.
Po powrocie z Syrakuz wszędzie zaczęłam "widzieć" Świętą Łucję. Absolutnie wszędzie. Nie jest to niczym dziwnym. Spokojnie, nie miałam żadnych mistycznych wizji. To tylko normalne działanie mózgu, który otrzymał dużą ilość informacji na temat wybranego zagadnienia i wciąż przetwarzał otrzymane dane. W Syrakuzach odpowiednio "naładowałam się" Świętą Łucją, chodząc po miejscach z nią związanych, kupując obrazki z wizerunkiem tej Świętej i myśląc o niezwykłej symbolice Światła - tak bardzo potrzebnego w tych niepewnych czasach!
W mojej publikacji można więc znaleźć wiele odniesień do chrześcijańskich wartości, a także do kilku znanych przypowieści. Czytając moją książkę trzeba mieć ogólną wiedzę na temat Pisma Świętego, na którego kartach Chrystus przytaczał różne sytuacje wyjaśniające sens jego własnej misji. W moim tekście można więc znaleźć nawiązania do przypowieści "O zagubionej owcy", w której pasterz nie boi się zostawić całego stada, aby iść po tą jedną zaginioną owcę (w moim przypadku była to decyzja wyruszenia w długą podróż i szukanie prawdy o "dziewczynie w kraciastej spódnicy", która zaginęła w mrokach przeszłości); jest też przypowieść "O siewcy" a ziemia z Wrechen, którą rozsypałam na grobie powieszonych osób była symbolem meklemburskiego ziarna, które wyda w przyszłości dobry plon w postaci badań naukowych oraz niemiecko-polskiej współpracy. Niektóre z tych "ziaren" już zaczęły kiełkować - co jest dla mnie dowodem, że naprawdę warto podejmować trud dalekiej podróży. Fabuła książki jest luźnym odniesieniem do przypowieści "O miłosiernym Samarytaninie", czyli bezinteresownej pomocy osobie, która została potępiona przez historię, jest też symbolem dialogu "Trzeciego Pokolenia" ze sprawcą Zagłady, którego ukarała ludzka ręka sprawiedliwości.
Projekt "Schnell!" jest nie tylko biograficzną opowieścią o niemieckiej dziewczynie powieszonej w Hameln. Jest to historia zmagania się z własnymi lękami, rodzinną wojenną przeszłością oraz wędrówką, po której ukończeniu można przejrzeć na oczy, odkrywając prawdziwy skarb: miłosierdzie i zdolność do przebaczenia.
Przebaczyć nie oznacza zapomnieć. Duchowość świata zmarłych przenika do świata żywych. Prawdą jest, że jesteśmy zobowiązani do wykonania konkretnej pracy na rzecz tych, którzy już odeszli, choćby nawet w hańbie zbrodni. Na tej trudnej drodze do przebaczenia zawsze znajdzie się ktoś, kto poda nam pomocną dłoń, kiedy zmęczeni upadniemy pod ciężarem odpowiedzialności, której długo nie chcieliśmy przyjąć i zaakceptować.
Mam nadzieję, że to przesłanie z mojej książki "Schnell!" odczytaliście we właściwy sposób.
"Nie na darmo groził Chrystus sądem każdemu, kto w sercu swoim chowa urazę do bliźniego i zapowiedział odrzucenie wszelkiego daru ofiarnego, gdyby ktoś pierwej nie pojednał się z przeciwnikiem (Mt 5, 22-25). Na innym znów miejscu zażądał wyraźnie heroizmu serca i rąk od swoich uczniów: 'Miłujcie waszych nieprzyjaciół, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą i módlcie się za tych, którzy was prześladują i powtarzają (Mt 5, 44). Wiemy doskonale, jak trudno jest spokojnie patrzeć w oczy śmiertelnego wroga. A cóż dopiero mówić o darowaniu mu winy, patrzeniu z miłością i modleniu się za niego? Jest to już najwyższy szczyt prawie boskiej doskonałości i uwieńczenie heroicznej miłości bliźniego, w dosłownym brzmieniu Chrystusowego przykazania. Zdarzyło się to po raz pierwszy w ogrodzie Getsemani, gdy Chrystus przed Judaszem nie zakrył twarzy. Powtórzyło się to po raz drugi u stóp krzyża na Golgocie, kiedy popłynęła modlitwa z ust Jezusa za prześladowców".
Apoloniusz Żynel, "O. Maksymilian Kolbe", "Znak", nr 9 (207), Kraków 1971.
Marian Turski w 2020 roku, podczas uroczystości 75. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz, powiedział sławne zdanie, które nazwano później "XI Przykazaniem": "Nie bądź obojętny!". Jeśli już tak się zdarzy, że "jakiś Auschwitz spadnie nam na głowę", pozostaje kluczowe pytanie: co z tym zrobimy? Czy przejdziemy obok tego "Auschwitz" z miną pełną obrzydzenia i nienawiścią w oczach, czy może przystaniemy na chwilę, aby opatrzeć jego rany?
"W Auschwitz nie wolno nam nienawidzić" - powiedział do współwięźnia Maksymilian Kolbe, zanim jeszcze miał świadomość, jaką śmiercią przyjdzie mu zginąć w obozie. Myślę, że to zdanie powinno być hasłem przewodnim dla przyszłych pokoleń. W Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu warto mieć na uwadze te słowa.
Kiedy wyruszamy w drogę ku mrokom nazistowskiej przeszłości, z pewnością potrzebujemy rycerskiej odwagi Joanny d'Arc, światła nadziei Łucji z Syrakuz oraz umiejętności przebaczania z miłości - według Maksymiliana Kolbego. Warto zaufać świętym i zaprosić ich do wspólnej wędrówki: oni najlepiej wiedzą, kiedy mają się pojawić i co powiedzieć, aby nas wesprzeć w zadaniu, które nam powierzono do wypełnienia!
Zobacz też:















Komentarze
Prześlij komentarz