"A German Girl's Heroic Death": Irma Grese i rewizjonizm

Heroiczna śmierć niemieckiej dziewczyny
"Irma Grese miała zaledwie 21 lat, gdy stanęła przed sądem jako oskarżona w niesławnym procesie w Belsen. Mało kto mógłby sobie wyobrazić, że młoda i piękna Grese była zdolna do popełnienia zbrodni, o które ją oskarżono".
Komentarz: Na początku lat 2000 lub może nieco wcześniej, pod koniec lat 90. XX wieku pojawił się w przestrzeni Internetu bardzo intrygujący tekst o tytule "A German Girl's Heroic Death", który można przetłumaczyć jako: "Heroiczna śmierć niemieckiej dziewczyny". Autorem tekstu był niejaki J.(Joseph) Bellinger i pomimo usilnego poszukiwania, nie udało mi się ustalić pełnej tożsamości tego człowieka. Nie ma jego biografii, nie wiadomo, gdzie pracował i czy był związany z jakimikolwiek badaniami historycznymi. Znalazłam natomiast na kilku forach odnośniki do tego tekstu z komentarzem, że jest to analiza o podłożu rewizjonistycznym, negująca zbrodnie Holokaustu (w tym istnienie komór gazowych w obozie Auschwitz-Birkenau) i próbująca ukazać działalność nadzorczyni Irmy Grese w jak najbardziej korzystnym świetle. Irmy Grese, gdyż to ona jest ową tytułową "niemiecką dziewczyną", która poniosła okrutną, aczkolwiek "heroiczną śmierć".
Zapoznajmy się dokładnie z treścią tego kontrowersyjnego artykułu! Czy tezy wysunięte przez autora nazwiskiem Bellinger są prawdziwe, czy rzeczywiście między wierszami można wyczytać podtekst rewizjonistyczny? Jako zdjęcia podglądowe niech posłużą piękne krajobrazy Pojezierza Meklemburskiego z okolic miasta Neubrandenburg, które wykonałam w maju 2025 roku i które mogą stanowić przeciwwagę dla ciężkości omawianego tematu... Zaczynamy!
"Zeznania z procesu w Belsen wskazują, że panna Grese była Aufseherin, czyli nadzorczynią SS, której wraz z siedmioma innymi kobietami powierzono zadanie pilnowania 20-30 tysięcy więźniów, w większości węgierskich Żydówek przetrzymywanych w Auschwitz. W rzeczywistości to właśnie za swoją służbę w Auschwitz, a nie w Belsen, została oskarżona i skazana. Okoliczności jej sprawy wyraźnie wskazują, że Grese była po prostu ofiarą złośliwych plotek i oskarżeń wysuwanych przez byłych więźniów, którzy za wszelką cenę chcieli wymierzyć sprawiedliwość swoim byłym strażnikom. Niesprawiedliwe oskarżenia tego rodzaju nie są rzadkością w więzieniach. Jednak w naszym systemie wymiaru sprawiedliwości takie skargi często nie są rozpatrywane, ponieważ można się spodziewać, że osadzeni będą żywić urazę do swoich strażników. Nie oznacza to, że w więzieniach nie dochodzi do złego traktowania. Niewątpliwie ma ono miejsce".
Komentarz: Z pewnością pan Bellinger zapoznał się z zeznaniami Irmy Grese, które złożyła przed rozpoczęciem procesu, jak i w czasie przesłuchania w sądzie w Lüneburgu. Interpretacja słów oskarżonej dokonana według Bellingera naciąga jednak niektóre fakty, a osoby czytające ten opis mogą być wprowadzone w błąd. Pierwsze zdanie z tego fragmentu może wskazywać na to, że Irma Grese z siedmioma innymi nadzorczyniami była odpowiedzialna za wszystkie więźniarki w obozie Auschwitz. Bellinger nie podaje konkretnej lokalizacji miejsca, za które była odpowiedzialna Irma Grese w 1944 roku, czyli za odcinek budowlany BIIc.
Prawdą jest, że większość oskarżeń wobec Irmy Grese dotyczyła jej działalności w obozie Auschwitz, a przede wszystkim jej aktywny udział w selekcjach miał tutaj kluczowe znaczenie przy wydawaniu ostatecznego wyroku sądowego.
Jednak pisanie, że Irma Grese padła ofiarą "złośliwych plotek i oskarżeń" jest już indywidualną opinią Bellingera. Na jakiej podstawie wysnuł takie wioski? Owszem, Irma Grese była chętnie opisywana w prasie i wzbudzała zbyt duże zainteresowanie swoim wyróżniającym się wyglądem zewnętrznym, jednak nie powinno się obarczać byłych więźniów winą za jej wyrok skazujący. To chyba oczywiste, że więźniarki obozu Birkenau mogły zazdrościć kobietom z załogi obozowej ich pozycji, a przede wszystkim tego, że nikt nie będzie miał nad nimi władzy decydowania o ich dalszym życiu lub śmierci. Niemieckie nadzorczynie pozostały w Birkenau kobietami, w pełni tego słowa znaczeniu: miały włosy, czyste ubranie, dostęp do zdrowej żywności i były bezpieczne. Więźniarki były "podludźmi" pozbawionymi godności. Ta różnica mogła generować różne skrajne emocje każdej ze stron wobec siebie na wzajem.
"W przypadku Irmy Grese należy po prostu zastanowić się nad faktem, że nie jest łatwo zarządzać 20-30 tysiącami osadzonych. Auschwitz było ośrodkiem detencyjnym, w którym przestępcy swobodnie mieszali się z osobami przebywającymi w areszcie ochronnym. Jako młoda kobieta o raczej drobnej posturze, można założyć, że jako strażniczka wśród tak wielu więźniów panna Grese podejmowała środki w celu zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Doniesiono więc, że nosiła ze sobą kij i często towarzyszył jej pies. W zakładach karnych na całym świecie takie środki są powszechne wśród pracowników, którzy słusznie troszczą się o własne bezpieczeństwo. Typowym błędem popełnianym przy ocenie przypadków takich jak Irma Grese jest to, że przeciętny człowiek nie zdaje sobie sprawy, że strażnicy w Auschwitz mieli pełne prawo do podejmowania środków zapewniających im bezpieczeństwo i utrzymanie porządku".
Komentarz: Owszem, nie jest łatwo zarządzać 30 tysiącami ludzi i sama Irma Grese mówiła o problemach, z którymi musiała się mierzyć jako 21-letnia nadzorczyni. Ale trzeba tutaj pamiętać, że Irma Grese (nawet mając kilka innych nadzorczyń do pomocy) nie była całkiem sama z 30 tysiącami obcych sobie więźniarek. Przede wszystkim do jej dyspozycji były więźniarki funkcyjne, narodowości czechosłowackiej lub polskiej. W każdym bloku za porządek odpowiadała blokowa, a ta miała również do pomocy więźniarki "sztubowe". Irma Grese nie musiała sama pilnować zachowania więźniarek w 30 barakach, każdy po tysiąc kobiet! Do obozu BIIc często przychodzili inni esesmani, lekarze obozowi, którzy byli obecni przy selekcjach. Również główna kierowniczka obozu kobiecego lub nadzorczyni raportowa, mogły w każdej chwili wejść na teren tego odcinka budowlanego.
Bellinger unika określenia "obóz koncentracyjny", zmieniając charakter tego miejsca, traktując je na wzór amerykańskich więzień. Takie porównanie nie ma najmniejszego sensu. Niemieckie nazistowskie obozy koncentracyjne miały swoje własne zasady i regulaminy, które obowiązywały zarówno więźniów, jak i personel SS.
Personel SS był dobrze zabezpieczony jeśli chodzi o broń palną czy topografię całego obozu. Więźniowie byli bezustannie poddawani wszelkim kontrolom, aby zminimalizować ryzyko podjęcia przez nich jakichkolwiek działań będących oporem wobec władzy. Nadzorczynie były specjalnie szkolone i pouczane, jak mają postępować z więźniarkami i jak je dozorować, aby zadbać o swoje własne bezpieczeństwo. Wiadomo, że miały pozwolenie na broń palną i brały udział w specjalnych szkoleniach strzelniczych. Pejcze, baty i kije, chociaż tak powszechnie stosowane przez nadzorczynie, były oficjalnie zabronione. Żadna osoba z personelu SS nie miała prawa podnieść ręki na więźnia. Tak stanowił regulamin, ale wiadomo, że rzeczywistość wyglądała nieco inaczej. Irma Grese wyraźnie powiedziała, że zleciła wykonanie specjalnego pejcza dla siebie, co było zabronione i było jej własnym pomysłem. Używała go wtedy, gdy kierownik obozu Birkenau wyraźnie zabronił nadzorczyniom posiadania tego typu gadżetów.
Warto też tutaj dodać, że nadzorczynie ingerowały w konflikty między więźniarkami tylko w ostateczności. Czarną robotę jeśli chodzi o wszelkie bicie i przemoc wobec więźniarek wykonywały więźniarki funkcyjne. Wśród nich było wiele kryminalistek, które chcąc przypodobać się władzy nadzorczyń, samowolnie stosowały przemoc wobec więźniarek: bijąc je do nieprzytomności lub wręcz zabijając w czasie pracy.
"Grese wstąpiła do SS w 1942 roku, wbrew woli ojca, i przez pewien czas stacjonowała w Ravensbrück, obozie dla kobiet. W 1943 roku została przeniesiona do Auschwitz i stacjonowała w Birkenau. Nie jest jasne, w jaki sposób faktycznie została członkinią SS. Według jej zeznań została wysłana do pracy w obozach przez Niemiecką Giełdę Pracy. Oczywiście kryteria rekrutacji i przyjmowania kobiet do SS różniły się od tych dotyczących mężczyzn, chociaż nie udało mi się znaleźć żadnych wytycznych. W każdym razie Grese pozostała w Auschwitz do stycznia 1945 roku, po czym na własną prośbę została wysłana do Belsen. Gdyby została wysłana do jakiegokolwiek innego obozu, najprawdopodobniej nigdy byśmy o niej nie usłyszeli".
Komentarz: Irma Grese "stacjonowała" w obozie Ravensbrück, ponieważ było to miejsce, w którym szkolono nowe nadzorczynie. Nie dało się zostać nadzorczynią w 1942 roku, omijając obóz Ravensbrück, zwłaszcza jeśli mieszkało się w Meklemburgii i pracowało wcześniej w sklepie w miasteczku Fürstenberg. Dziś już wiadomo, że Irma Grese została przeniesiona do obozu Auschwitz w październiku 1942 roku, po trzech miesiącach pracy jako "nadzorczyni pomocnicza". Kiedy przyjechała transportem do Auschwitz w dniu 6 października 1942 roku, swoje 19. urodziny obchodziła 7 października już jako pełnoetatowa nadzorczyni.
Pan Bellinger nie znalazł żadnych wytycznych dotyczących rekrutacji nadzorczyń. No cóż, kiedy pisał swoje opracowanie, nie miał dostępu do archiwalnych dokumentów. Lub nie chciał mieć... Dziś tego typu dokumenty są powszechnie znane i możliwe do publicznego wglądu nawet na wystawie "Im Gefolge der SS" w muzeum Ravensbrück. Sposoby rekrutacji nadzorczyń nie są już żadną tajną wiedzą dla wybranych.
Zgadzam się ze stwierdzeniem, że gdyby Irma Grese nie poprosiła o przydział do pracy w obozie Belsen, dziś jej nazwisko mogłoby nic nam nie mówić. A ona sama uniknęłaby aresztu, procesu i egzekucji, płynnie wtapiając się w niemieckie społeczeństwo - jak zresztą po wojnie uczyniło wiele kobiet z formacji SS-Gefolge.
"Obowiązki Grese w Auschwitz były zróżnicowane. Większość jej pracy miała raczej łagodny charakter, np. sortowanie paczek i nadzorowanie projektów budowlanych. Jednak od maja do grudnia 1944 r. Grese została mianowana starszą Aufseherin w obozie C, co ostatecznie stało się przyczyną jej upadku. Musiała tam nadzorować 20-30 tysięcy węgierskich Żydówek, wszystkie przetrzymywane w areszcie ochronnym. Ogromny napływ więźniów spowodował problemy, z którymi stosunkowo młoda i niedoświadczona Grese radziła sobie z trudem. Większość problemów dotyczyła dystrybucji żywności. Przeludnienie prowadziło również do problemów sanitarnych, z którymi Grese ledwo sobie radziła. Same więźniarki przyczyniały się do wielu trudnych sytuacji, podobnie jak w Belsen, gdzie oddawały mocz i wypróżniały się, kiedy tylko miały na to ochotę. Zapełniali oni również latryny i teren obozu śmieciami i nieczystościami, do tego stopnia, że latryny w końcu przestały funkcjonować. To wyjaśniałoby wszechobecny smród wokół Auschwitz i stanowiłoby kolejny powód, dla którego nazywano to miejsce Anus Mundi".
Komentarz: To prawda, że obowiązki Irmy Grese w obozie Auschwitz były zróżnicowane. Czasem wysyłano ją do pracy w obozie macierzystym Auschwitz I, innym razem pracowała na różnych odcinkach budowlanych w obozie Auschwitz II-Birkenau. W czasie procesu sądowego i przesłuchania Irmy Grese, ta mnogość miejsc, w których pracowała oskarżona, przysporzyła wielu problemów zarówno dla obrońcy, jak i dla prokuratorów.
Właściwie nigdy nie widziałam żadnego dokumentu, który stwierdzałby, że Irma Grese otrzymała status "starszej nadzorczyni". Ona sama wspomniała o tym, że awansowała dopiero w styczniu 1945 roku. Czego dotyczył ten awans - nie wiadomo... Z pewnością otrzymała wynagrodzenie za swoją pracę w postaci Medalu Zasługi Wojennej, co ma swoje potwierdzenie w zachowanym, niedatowanym dokumencie, a co było dość powszechnym odznaczeniem przyznawanym różnorodnym osobom, które w jakiś sposób przysłużyły się działalności wobec państwa niemieckiego w czasie wojny, jednak z dala od frontu.
Irma Grese nie była aż tak bardzo niedoświadczoną nadzorczynią. Miała za sobą już dwa lata pracy na terenach obozów koncentracyjnych, w Ravensbruck i od 7 października 1942 roku - w Auschwitz. Miała wystarczająco dużo czasu, aby wdrożyć się do pracy i zapoznać z różnorodnymi problemami, z jakimi mogłaby zetknąć się nadzorczyni obozowa. Przeludnienie i złe warunki sanitarne, brak dostępu do bieżącej wody oraz tragiczna kondycja fizyczna więźniarek były nieodłącznymi elementami codzienności jej pracy na terenie obozu kobiecego w Birkenau. Irma Grese wcale nie była najmłodszą nadzorczynią w Auschwitz w 1944 roku. Najmłodsze kobiety z formacji SS-Gefolge miały 18 lat. Irma Grese nie mogła osobiście ingerować u kierownictwa obozu o polepszenie warunków bytowych więźniarek, gdyż obóz Birkenau był zbudowany na szybko, z materiałów, które pochodziły ze zburzonych zabudowań polskiej wsi Brzezinka. Można śmiało powiedzieć, że do 1945 roku cały obóz Auschwitz wciąż był w przebudowie lub w rozbudowie. Co mogła na to poradzić 21-letnia nadzorczyni?
"Grese została oskarżona o osobiste bicie więźniów lub nakazywanie ich bicia. Sama Grese przyznała, że czasami uderzała więźniów batem z celofanu i wydawała rozkazy, by każdy przyłapany na kradzieży z kuchni był bity. Choć wydaje się to surowe, należy pamiętać, że więźniowie kradnący jedzenie z kuchni w rzeczywistości odbierali je innym więźniom w czasach, gdy żywność była rzadkością. Dlatego ich przestępstwo kradzieży było szczególnie ciężkie i niewątpliwie zasługiwało na surową karę.
Jako główna Aufseherin Grese była również odpowiedzialna za przeprowadzanie apelu. Często więźniowie byli zmuszani do stania przez wiele godzin, aż apel został zweryfikowany jako prawidłowy. Jest to jednak standardowa procedura w każdej instytucji i nie powinno nas tutaj szczególnie niepokoić. Grese została oskarżona o brutalne bicie. Oskarżenia te nigdy jednak nie zostały udowodnione. W Belsen była zbyt przerażona stanem chorych więźniów, by w ogóle się do nich zbliżyć".
Komentarz: Nie tylko Irma Grese została oskarżona, ale sama przyznała się do wielokrotnego bicia więźniarek różnymi sposobami: ręką, kijem, pejczem... Bicie było powszechną metodą utrzymania dyscypliny w obozie i nikt z personelu SS nawet nie udawał, że tego nie było. Pisząc analizę zeznania sądowego Irmy Grese zauważyłam, że według niej samo bicie więźniarek, czy to ręką czy pejczem, nie traktowała jako przemocy lub znęcania się nad kobietami. Ten zaburzony system wartości został Irmie Grese wpojony już w trakcie szkolenia w Ravensbrück. Jeśli więźniarki nie wykonywały poleceń lub w jakiś sposób łamany regulamin obozowy - wówczas mogły zostać uderzone. Bicie było traktowane przez nadzorczynie jako tzw. "kara doraźna", która była mniej dokuczliwa dla więźniarek niż napisanie oficjalnego meldunku karnego, którego skutkiem byłyby dużo surowsze kary: skierowanie do karnej kompanii lub chłosta. Karne uderzenie więźniarki było traktowane przez nadzorczynie jako przejaw ich osobistej łaski na zasadzie: uderzę cię, ale nie napiszę meldunku.
Nie wiemy, jak zachowywała się Irma Grese w obozie Belsen. Wiadomo tylko tyle, ile ona sama powiedziała na ten temat w czasie sądowego przesłuchania. Wspomnienia niektórych więźniarek potwierdzały stosowaną przez nią przemoc względem kobiet. A to kogoś kopnęła, a to komuś próbowała włożyć ręce do ogniska, innym razem stała na skwerze przed kuchnią jedząc jabłko na oczach głodnych więźniarek... Nigdy nie uda się ustalić, co było prawdą, a co się nie wydarzyło. Nie było nas wtedy w tym obozie. Zawsze powtarzam, że prawda leży gdzieś po środku i trzeba zachować zdrowy rozsądek przy analizowaniu tego typu relacji.
"Najciekawsze są uwagi Grese na temat rzekomych komór gazowych w Auschwitz. Nigdy nie widziała komory gazowej, ale wspomniała, że słyszała o nich od więźniów. Pozostali członkowie personelu SS również wydawali się nie wiedzieć o nich nic poza tym, co plotkowali więźniowie. Dlatego też, wpisując w swojej książce ewidencyjnej skrót SB (Sonder Behandlung), zakładała, że osoby te zostały wysłane do rzekomych komór gazowych".
Komentarz: Słowo "rzekome" w odniesieniu do komór gazowych w obozie Auschwitz ma tutaj kluczowe znaczenie, aby zaklasyfikować tekst Bellingera jako rewizjonistyczny lub wręcz negujący Zagładę. Pytanie "czy istniały komory gazowe w obozie Auschwitz" powraca jak bumerang i coraz więcej osób zaczyna dzisiaj wątpić w to, czy te zabudowania istniały naprawdę, a nawet jeśli tak, to jaka była ich faktyczna funkcja? Z komorą gazową w obozie macierzystym jest o tyle trudno, gdyż budynek, w którym faktycznie przez pewien czas znajdowała się komora gazowa, pełnił od 1940 do 1944 roku różnorodne funkcje: był magazynem lekarstw dla pobliskiego szpitala SS, kostnicą, komorą gazową, magazynem amunicji, schronem przeciwlotniczym dla SS... Po wojnie, w 1947 roku przy okazji otwarcia Państwowego Muzeum w Oświęcimiu, komora gazowa w obozie macierzystym została zrekonstruowana na podstawie zachowanych rysunków technicznych. Wiele osób poddaje jednak w wątpliwość nawet te dokumenty, gdyż komin krematoryjny był odsunięty od elewacji budynku i w taki sposób został on odbudowany. Komory gazowe i krematoria w obozie Auschwitz czy później w Auschwitz II-Birkenau były budynkami łączącymi dwie funkcje: gazowania ludzi (uśmiercania) oraz spalania zwłok.
Tutaj jeszcze raz powtórzę: nadzorczynie miały całkowity zakaz wchodzenia na ścisły teren krematoriów, a co za tym idzie - też do komór gazowych! Tylko więźniowie obsługujący instalacje potrzebne do funkcjonowania tych obiektów, wybrani lekarze SS oraz oficerowie SS mogli wejść na zamknięty teren krematoriów, który był szczelnie odseparowany i odgrodzony od reszty obozu. Nie jest to więc niczym dziwnym, że 21-letnia nadzorczyni Irma Grese nigdy nie widziała wnętrza takiego budynku i nie oglądała etapów gazowania oraz palenia zwłok.
Irma Grese publicznie powiedziała, że wiedziała o istnieniu komór gazowych w Auschwitz i miała świadomość, do czego służyły budynki z dymiącymi kominami. Nie ma sensu podważać słów nadzorczyni, skoro z taką szczerością mówiła o selekcjach i znaczeniu skrótu "SB".
"Nie ma wątpliwości, że panna Grese biła więźniów, ale nie ma też wątpliwości, że więźniowie celowo wyolbrzymiali rzekome złe traktowanie. Często ubarwiali każdą najmniejszą opowieść i oskarżenie o bicie. Zeznania Grese brzmią prawdziwie i szczerze, podobnie jak zeznania wielu jej oskarżycieli. Dużo zamieszania wywołało oskarżenie, że Grese zawsze towarzyszył groźny pies, którego szczuła na więźniów dla zabawy. Grese zaprzeczyła, jakoby kiedykolwiek posiadała psa. W rzeczywistości sprawę tę można było wyjaśnić, pytając inną Aufseherin, która z nią pracowała, ale ani prokuratura, ani obrona nie podjęły tego wątku, jak powinny".
Komentarz: Mam wrażenie, że pan Bellinger w swojej analizie próbuje za wszelką cenę przerzucić odpowiedzialność za wydany wyrok skazujący wobec Irmy Grese - na więźniów, bo ci nie darzyli jej sympatią... Wydaje mi się, że bicie więźniów nie byłoby wystarczającym powodem, aby skazać kogoś na śmierć. Można zadać sobie pytanie: "Czy można było uratować Irmę Grese od szubienicy?". Jednak, aby na nie odpowiedzieć, trzeba byłoby wykonać bardzo dogłębną analizę procesową na wielu płaszczyznach. Próbowałam zweryfikować to, o czym mówiły byłe więźniarki w czasie procesu i jak na te słowa reagowała Irma Grese. Czy mi się to udało, czy nie - oceńcie sami...
Z pewnością, każda ze stron chciała ugrać coś dla siebie, bo stawka była wysoka. Na proces załogi Bergen-Belsen nałożyło się wiele czynników, przede wszystkim chęć jak najszybszego ukarania zbrodniarzy i pokazania światu, że brytyjski wymiar sprawiedliwości potrafi przeprowadzić rzetelny proces sądowy, a każdy oskarżony ma prawo do obrony. Nagonka ze strony prasy i niezdrowa "fascynacja" młodą Irmą Grese już w 1945 roku przyczyniły się do zbytniego rozgłosu wokół jej osoby. Po wielu własnych przemyśleniach, doszłam do wniosku, że nie wydałabym wyroku skazującego Irmę Grese na śmierć, jednak piszę to 80 lat po tamtych wydarzeniach, żyjąc w zupełnie innych czasach i mając w sobie inne emocje niż osoby będące wówczas na sali sądowej.
"Chociaż prokurator starał się jak mógł, miałem wrażenie, że nie udało mu się powiązać Irmy Grese z żadnymi zbrodniami, które uzasadniałyby nałożenie kary śmierci. Nie był w stanie powiązać jej z żadnymi rzekomymi zagazowaniami, ani z żadnymi indywidualnymi przypadkami morderstw. Ciekawą rzeczą w tych oskarżeniach jest to, że ofiary były całkowicie anonimowe. Żadna z rzekomych ofiar morderstwa nie została nigdy wymieniona z imienia przez żadnego z oskarżycieli. Oczywiście wynika to wyłącznie z tego, że ich oskarżenia były fałszywe. Chociaż prokurator próbował przedstawić pannę Grese w negatywnym świetle po jej przeniesieniu do Belsen, moim zdaniem mu się to nie udało. Większość czasu spędzonego przez pannę Grese w Belsen zajmowało jej przygotowywanie pogrzebów dla członków personelu SS, którzy również padali jak muchy w obozie z powodu epidemii tyfusu".
Komentarz: Dzisiaj patrzymy już nieco inaczej na winę sprawców Zagłady. Dawniej, aby kogoś skazać na śmierć, trzeba było udowodnić mu konkretną zbrodnię lub zabójstwo. W przypadku Irmy Grese rzeczywiście nie udało się ustalić, czy faktycznie kogoś zabiła, kopiąc na śmierć butami, bijąc pejczem czy strzelając do niego. Nie są znane żadne nazwiska więźniarki, która miałaby ponieść śmierć z ręki Irmy Grese. Można więc powiedzieć, że wszystkie te zeznania są "pisane palcem po wodzie": ktoś kogoś widział, ktoś komuś coś powiedział... Więcej było niewiadomych co do faktów, które próbowano ustalić: nazwisk ofiar i konkretnego przedziału czasu, kiedy owe zbrodnie miałyby zostać przez Irmę Grese popełnione. Skoro takie problemy pojawiły się już w październiku 1945 roku, to tym bardziej dzisiaj, 80 lat później - nie jesteśmy w stanie ustalić wielu wydarzeń z tak odległej przeszłości...
To też mnie denerwuje oraz irytuje: ta niemożność ustalenia faktów. Nie wiadomo, jakich selekcji dotyczyły zeznania, kto brał w nich udział, jak przebiegały apele w obozie BIIc, gdzie dokładnie pracowała Irma Grese i jakie konkretnie komanda nadzorowała. Brakuje dokumentów pochodzących z administracji SS, gdyż większość z nich została zniszczona przy okazji ewakuacji obozu Auschwitz, lub została wywieziona przez armię radziecką w 1945 roku... W zeznaniach świadków często nie zgadza się topografia obozu, ani konstrukcja czy układ baraków: raz pojawiają się otwierane okna w barakach mieszkalnych dla więźniów, innym razem okien nie ma. W czasie procesu sądowego brakowało planów lub rysunków technicznych. Brytyjczycy nie byli osobiście na terenie wyzwolonego obozu Auschwitz: nie wykonali wizji lokalnej, a tym samym nie potrafili umiejscowić wydarzeń w przestrzeni obozu, o których mówiła Irma Grese. To rodzi frustrację każdego badacza Zagłady...
"Podsumowując, jasne jest, że Irma Grese nie zasługiwała na karę śmierci, ponieważ prokuratura nie sprostała ciężarowi dowodowemu, jaki byłby wymagany w każdym bezstronnym sądzie dzisiaj. Oczywiście panna Grese była winna sporadycznego bicia więźniów, ale zazwyczaj miało to miejsce w związku z jakimś wykroczeniem lub naruszeniem zasad. Jak zwykle profesjonalni świadkowie i ocaleni nie potrafili uzgodnić swoich wersji wydarzeń, a ich zeznania znacznie odbiegały od pisemnych oświadczeń".
Komentarz: Co to znaczy "profesjonalny świadek"? Czy świadek może być nieprofesjonalny? Czy ci świadkowie zostali podstawieni, aby mówić wyuczone formułki? Mam wrażenie, że pan Billing za wszelką cenę chcę udowodnić, że proces załogi Belsen został z góry ustawiony, a wyroki skazujące wydano, zanim jeszcze oskarżeni zasiedli w sądowych ławach.
Jest jednak pewien aspekt tego procesu, który mnie samą negatywnie zaskoczył. Znalazłam bowiem dowód na to, że nie wszystkie procedury zostały poprawnie przeprowadzone. Wiadomo, że przy okazji prowadzenia śledztwa czy procesu sądowego, trzeba zapoznać się z dowodami rzeczowymi oskarżonych. W przypadku Irmy Grese nie przejrzano dokładnie jej osobistych rzeczy, które były zdeponowane w areszcie. Wśród nich znajdowała się książeczka oszczędnościowa, która została wystawiona w urzędzie w Auschwitz (Kreis Bielitz), a w której wyraźnie było napisane, że pierwsza wpłata została zaksięgowana w październiku 1942 roku. Gdyby prawnicy w czasie procesu (zwłaszcza strona oskarżająca) zapoznali się z tym dokumentem, wiedzieliby, że Irma Grese kłamała twierdząc, że do obozu Auschwitz przyjechała w marcu 1943 roku. Jak już dziś wiadomo - pierwszy dzień pracy w obozie Auschwitz rozpoczęła dokładnie w dniu swoich 19. urodzin: 7 października 1942 roku.
"Sąd aliancki nie miał praktycznie żadnego powodu, by sądzić pannę Grese pod zarzutem znęcania się nad więźniami w obozie internowania, który został legalnie utworzony przez prawowity rząd Niemiec. Takie wykroczenia, jak bicie więźniów, mogłyby z łatwością zostać rozpatrzone przez same władze niemieckie. Jednak w latach 1945–1946 konieczne było dać przykład. W ten sposób panna Grese została skazana na śmierć. Ani jej młodość, ani prawda nie uratowały jej życia przed zakończeniem przez jakiegoś nadętego starego angielskiego sędziego, wiernie wypełniającego rozkazy i oczekiwania własnego rządu. Pod pozorem legalności Irma Grese została zlinczowana".
Komentarz: Wyroki śmierci w brytyjskiej strefie okupacyjnej były wydawane do grudnia 1949 roku, kiedy to powieszono w więzieniu Hameln ostatnią skazaną osobę, a był nią Polak, Jerzy Andziak. W tamtym czasie rząd Niemiec wycofał już stosowanie kary śmierci jako kary głównej i chociaż wiadomo, że prawo nie działa wstecz, dla pana Andziaka zrobiono wyjątek: w chwili wydawania wyroku skazującego, kara śmierci wciąż funkcjonowała na terenie zachodnich Niemiec (w brytyjskiej strefie). Albert Pierrepoint przyleciał więc ostatni raz do Hameln, aby powiesić młodego mężczyznę, byłego więźnia obozu Bergen-Belsen, który popełnił wykroczenie względem brytyjskiego prawa.
Pan Billinger wyrzuca z siebie emocje, pisząc o brytyjskich sędziach, że byli "nadęci" i "starzy", natomiast Irma Grese była "młoda", a w domyśle: niewinna. Dlaczego sąd aliancki nie miałby żadnego powodu, by sądzić Irmę Grese pod jakimikolwiek zarzutami? Przecież nie pracowała na terenie obozów koncentracyjnych w charakterze "Matki Teresy". Zatrudniono ją jako "Aufseherin", czyli nadzorczynię. Wcześniej, w obozie Ravensbrück, przeszła wszystkie etapy rekrutacji: miesięczne szkolenie oraz trzymiesięczny staż jako "nadzorczyni pomocnicza". Dopiero po tym okresie wysłano ją do pracy na terenie obozu Auschwitz, a dokładniej do nowo utworzonego obozu kobiecego w Birkenau. Już sam fakt, że przebywała na terenie niemieckiego obozu koncentracyjnego, w którym dokonywano masowej eksterminacji ludzi poprzez zamierzone uśmiercanie i pracowała tam w charakterze członkini personelu strażniczego z ramienia SS-Gefolge, postawił ją w szeregu nazistowskich sprawców.
"W swojej książce wspomnieniowej 'EXECUTIONER' angielski kat Albert Pierrepoint opisał ostatnie godziny Irmy Grese na ziemi, nie mogąc prawie ukryć podziwu dla jej urody, odwagi i godności. Nazwał ją 'bonnie lassie' i napisał, że noc przed egzekucją spędziła śpiewając 'nazistowskie pieśni' wraz z innymi skazanymi więźniarkami. Następnego ranka została powieszona wraz z dwiema innymi Niemkami, pielęgniarkami Elisabeth Volkenrath i Juaną Bormann.
Komentarz: To nieprawda. Cały ten fragment został specjalnie naciągnięty, aby wzbudzić litość i współczucie u osób czytających ten tekst. Bo skoro sam kat odczuwał tak silne emocje, wieszając młodą (i niewinną, według Bellingera) dziewczynę, to co dopiero odbiorcy tej wątpliwej naukowo analizy?!
Kupiłam książkę autorstwa pana Pierrepointa i nie znalazłam w niej ani relacji dotyczących śpiewu trzech kobiet w noc przed śmiercią, ani słów podziwu kierowanych w stronę Irmy Grese. Dosłowny cytat o wyglądzie Irmy Grese brzmi: "At last we finished noting the details of the men, and RSM O'Neil ordered 'Bring out Irma Grese'. She walked out of her cell and came towards us laughing. She seemed as bonny a girl as one could ever wish to meet. She answered O'Neil's questions, but when he asked her age she paused and smiled. I found that we were both smiling with her, as if we realized the convention embarrassment of a woman revealing her age".
Tak więc Pirrepoint stwierdził, że Irma Grese "wyglądała na dziewczynę tak uroczą, jaką tylko można sobie wymarzyć". Pierrepoint miał 40 lat, kiedy zobaczył 22-letnią Irme Grese na żywo. Do tej pory widział jej twarz na nagraniach z kroniki filmowej procesu załogi Belsen, której ujęcia publikowano w angielskich kinach. Widząc młodą kobietę, która swoim wyglądem zdecydowanie odróżniała się od pozostałych skazanych i która potrafiła się jeszcze uśmiechać, mógł wzbudzić pewnego rodzaju ludzkie współczucie u brytyjskiego kata. Uśmiechanie się Irmy Grese w sytuacji stresowej (a taką z pewnością było dla niej spotkanie z katem mówiącym w innym języku) mogło być uzewnętrznieniem pracy jej systemu nerwowego. Nie od dziś wiadomo, że niektóre osoby, zwłaszcza młode (u których system nerwowy nie jest w pełni wykształcony), mogą reagować nieadekwatnie do sytuacji. W chwili spotkania z katem, Irma Grese mogła mimochodem uśmiechać się lub wyglądać wręcz na rozbawioną, ale był to tylko mechanizm obronny jej organizmu, próbującego poradzić sobie z odczuwanym strachem.
Zresztą trzykrotnie w więzieniu Hameln Pierrepoint mówił o swoich obawach i nietypowym współczuciu wobec skazanych z procesu Belsen. Jako jedyny miał pełną świadomość, jakie uczucia mogą towarzyszyć skazanym i chciał zminimalizować ich psychiczne cierpienie w oczekiwaniu na śmierć. W wywiadzie udzielonym brytyjskiej telewizji, już po publikacji książki, Albert Pierrepoint powtórzył swoje słowa, dopowiadając, że wolałby zaprosić Irmę Grese do swojego pubu, niż zabrać ją na szubienicę. Cytat ten zamieściłam w "Załączniku A do swojej publikacji "Schnell!".
Tutaj trzeba też podkreślić, że była to dość nietypowa sytuacja, która miała miejsce na dzień przed egzekucją, w chwili ważenia i mierzenia skazanych. Po pierwsze: Irma Grese rzeczywiście była bardzo młodą osobą i sam Pierrepoint był tym faktem zdumiony. Po drugie: zadanie ważenia i mierzenia skazanych było obowiązkiem służby więziennej, nie kata lub jego asystentów - dlatego w tym przypadku również Pierrepoint był tym zadaniem niemiło zaskoczony. I po trzecie: Pierrepoint pisał, że nigdy nie miał możliwości wcześniejszej rozmowy ze skazanymi. Widział ich tylko przez wizjer, obserwując ich sylwetkę i dostosowując długość liny, ale bez bezpośredniego kontaktu z więźniami. W Hameln Pierrepoint mógł rozmawiać ze skazanymi oko w oko, za pomocą tłumacza, co było dla niego nowym doświadczeniem. Z pewnością była to krępująca czynność, zarówno dla Pierrepointa, jak dla samych skazanych. Zważywszy na nietypowe okoliczności spotkania - wszak na drugi dzień te same osoby miały odegrać swoje upiorne role w prawidłowym przeprowadzeniu egzekucji - Albert Pierrepoint mógł odczuwać równie silne emocje, związane z ogromną odpowiedzialnością za powierzone mu zadanie.
"To ja stawiałem im czoła ostatni - młodym chłopcom i dziewczętom, robotnikom, babciom. Byłem zdumiony odwagą, z jaką wyruszali w nieznane. Nie odstraszyło ich to wówczas i nie odstraszyło, gdy dopuścili się czynu, za który zostali skazani. Wszyscy mężczyźni i kobiety, z którymi spotkałem się w tej ostatniej chwili, przekonują mnie, że w tym, co zrobiłem, nie zapobiegłem ani jednemu morderstwu".
Albert Pierrepoint, "Executioner: Pierrepoint".
Pierrepoint wspomniał o odwadze "młodych dziewcząt i chłopców", którzy stawali przed nim na zapadni, jednak odniósł te wspomnienia do wszystkich osób, które powiesił w swojej karierze jako brytyjski kat. Był pełen podziwu dla ogólnej odwagi ludzi, którzy musieli zmierzyć się z własną śmiercią. Nigdy nie interesowały go zbrodnie, jakie popełniły osoby, wydane mu sądownie do powieszenia. Może to właśnie Albert Pierrepoint był jedynym, który będąc w pomieszczeniu egzekucyjnym potrafił zobaczyć człowieka w człowieku?
"Sam zawsze starałem się nie angażować emocjonalnie w osobowość więźnia, szczegóły przestępstwa, które miał popełnić, ani w burzliwe dyskusje na temat jego winy lub niewinności. Starałem się traktować go jak osobę, ale osobę, nad której charakterem lub niewinnością bezcelowe, a nawet szkodliwe jest spekulowanie lub nadmierne angażowanie się – ponieważ w takim nastroju nie mogłem mu pomóc, a jedynie zaszkodzić. Postrzegałem go więc jako osobę, której wyznaczono stałą i kamienistą ścieżkę, z której nie mogłem go zabrać, a zatem jedyne, co mogłem zrobić, to pomóc mu kroczyć nią tak delikatnie, jak to tylko możliwe".
Albert Pierrepoint, "Executioner: Pierrepoint".
"Irma Grese została doprowadzona na szubienicę jako pierwsza, a Pierrepoint napisał, że kiedy zakładał jej pętlę na szyję i naciągał kaptur na twarz, obdarzyła go 'zagadkowym uśmiechem', który prześladował go do końca życia. 'Była najodważniejszym więźniem, mężczyzną czy kobietą, jakiego kiedykolwiek powiesiłem' – podsumował. (Z książki EXECUTIONER autorstwa Alberta Pierrepointa)".
Komentarz: Nie rozumiem, dlaczego pan Bellinger przytaczał wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca, nie sprawdzając źródeł historycznych. Ale jeśli ktoś chce napisać analizę tekstu pod siebie, to przecież nie będzie podawał dowodów na to, że pisze nieprawdę...
Rzecz jasna, Irma Grese została powieszona jako druga osoba z całej grupy 13 osób, które w dniu 13 grudnia 1945 roku zostały powieszone w więzieniu w Hameln. Dzisiaj są już dostępne dokumentu archiwalne i nie ma potrzeby, aby powielać te same błędy. Albert Pierrepoint rzeczywiście pomylił się w swojej autobiografii, podając, że Irmę Grese powiesił jako pierwszą. Możliwe, że przy tylu egzekucjach, jego pamięć podsunęła mu obraz młodej kobiety, którą najlepiej zapamiętał.
Z pewnością tamte egzekucje mocno zapadły mu w pamięć, jednak wiadomo, że ciążyła na nim wielka odpowiedzialność za przeprowadzenie wielokrotnych egzekucji tego samego dnia - stąd zapewne Pierrepoint tak dobrze utrwalił w pamięci tamte wydarzenia. Nie ma w jego książce żadnego cytatu, w którym napisałby, że Irma Grese była "najodważniejszym więźniem" - to całkowite kłamstwo i bazowanie autora tekstu na silnych emocjach współczucia u czytelników. Nie ma też żadnej relacji w książce "Executioner" o tym, że Irma Grese uśmiechała się "zagadkowym uśmiechem" do swojego kata. Wiadomo, że powiedziała jedno słowo i powiedziała je bardzo cicho.
"She stood on this mark very firmly, ans as I places the white cap over her head she said in her languid viice 'Schnell'. The drop crashed down, and the doctor followed me into the pit and pronounced her death".
Albert Pierrepoint, "Executioner: Pierrepoint".
To wszystko co zrobiła i powiedziała Irma Grese stojąc na zapadni. Nie ma sensu ubarwiać tej historii, bo i tak była dramatem wielu osób, które spotkały się tamtego dnia w pomieszczeniu egzekucyjnym. Dokumenty z brytyjskich archiwów pokazały więcej szczegółów, powiedzmy "zza kulis", jeśli chodzi o egzekucje przeprowadzane w Hameln - opisałam je już wcześniej w osobnych postach na blogu.
"Choć była kobietą, Irma Grese do samego końca broniła honoru
i tradycji SS, tak samo jak każdy odznaczony weteran ze Stalingradu czy Kurska".
Komentarz: Ostatnie zdanie tekstu autorstwa Bellingera wyraźnie każe nam ustawić Irmę Grese w szeregu bohaterów narodowych Niemiec, na równi z pamięcią o weteranach zmarłych w bitwach na frontach II wojny światowej. To jedno zdanie generuje wiele nowych pytań: Czy nadzorczynie broniły honoru SS? Czy kobiety pracujące jako strażniczki w obozach koncentracyjnych stały na równi z żołnierzami walczącymi na frontach? I chyba trzeba tutaj odpowiedzieć na najważniejsze pytanie, nawiązujące do tytułu tekstu Bellingera: Czy śmierć Irmy Grese można określić jako "heroiczną"?
Grobowe pryncypia, czyli: nie bój się sprawców!
Zazwyczaj, jeśli mówimy o czyimś heroizmie, to w parze z nim idzie jakiś godny pochwały czyn, poświęcenie siebie dla dobra innych lub obrona wartości. Jeżeli Irma Grese już czegoś broniła, to swojej własnej godności i wyraźnie o tym napisała w jednym z listów. Czy śmierć na szubienicy jest śmiercią heroiczną? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, gdyż trzeba wziąć pod uwagę wiele czynników, które doprowadziły daną osobę na szafot. A więc o heroizmie można mówić wtedy, kiedy: ktoś umiera za wartości (za wolność, za innych ludzi lub za wiarę); zachowuje godność, powagę i spokój pomimo ekstremalnego strachu; nie wyrzeka się swoich wartości pod przymusem.
Irma Grese spełnia te kryteria, bo: próbowała zachować odważną postawę po wyroku śmierci ("Wiem, że nikt teraz nie złamie mej duszy, bez względu na to, jakiej użyje broni!"), nie chciała się uniżać przed osądem innych ("Ale też nigdy nikt nie będzie triumfował, patrząc jak poniżam się choćby o cal") i nie wyrzekła się swoich przekonań ("Nigdy nie utracę honoru, a tym samym: lojalności!"), określając swoje zasady jako "pryncypia, które zabierze ze sobą do grobu". Zawsze mnie to intrygowało: cóż to za pryncypia zabrała ze sobą do grobu? O czym ona pisała i co miała na myśli? Odpowiedź znajduje się w jej ostatnim liście z 11 grudnia 1945 roku, który można potraktować jako "duchowy testament" osoby żegnającej się z życiem:
"Jeśli mogę powierzyć wam jeszcze jedną ostatnią prośbę, to proszę was, abyście pozostały tak samo dumnymi Niemkami jak dotychczas, abyście nigdy nie okazywały w swoich sercach wahania ani rozpaczy, lecz upór i nieugiętą miłość naszej ukochanej ojczyźnie. Takie były zawsze moje pryncypia i zabieram je ze sobą do grobu".
List Irmy Grese z dnia 11 grudnia 1945 r. do rodzeństwa, 11 grudnia 1945.
Stojąc na grobie Irmy Grese na cmentarzu "Am Wehl", myślałam o tym zdaniu - o tych poukrywanych "pryncypiach" z 1945 roku, leżących pod gęstym bluszczem i pokrzywami. Właściwie w tych słowach nie ma niczego kontrowersyjnego: umierająca osoba prosi swoich bliskich, aby zawsze kochali ojczyznę, bez względu na to co wydarzy się w przyszłości. Wzięłam więc sobie do serca te słowa i z nieugiętym uporem wkładałam coraz głębiej palce w niemiecką ranę z przeszłości. Jestem "niewiernym Tomaszem" - każdą rzecz muszę zbadać i dotknąć, wejść z nią w interakcję. Wskazówka od Irmy Grese okazała się właściwą drogą: gdyby nie moja ciekawość i chęć odnalezienia prawdy, nigdy nie dotarłabym do dokumentów z niemieckich czy brytyjskich archiwów. Może to są "pryncypia", które należało odkopać w 2025 roku?
Wszystkie takie zagadnienia powinno się włożyć do szuflady z napisem: "Pamięć o sprawcach". Są niczym duża i twarda ość, która stawała i nadal staje w gardłach wielu osób, próbujących zmierzyć się z tym tematem. Można się nią udławić, ale można też spróbować ją jakimś sposobem przełknąć. Albo zaakceptować, że ość jest w gardle i czasem uwiera, przypominając o swojej obecności. Nie da się pisać o Zagładzie, zapominając o sprawcach. Nie można wymazać ich obecności z historii Niemiec. Gdyby nie sprawcy, nie byłoby ofiar, to chyba oczywiste.
Zajmowanie się nazistowskimi sprawcami, zwłaszcza jeśli chodzi o Zagładę, generuje też wiele trudności i problemów: w tym także ocieranie się o zagadnienia neonazizmu czy, jak w przypadku tekstu Bellingera, rewizjonizmu i negowania Holokaustu. Problem ten dotyczy również Irmy Grese, której śmierć próbowano gloryfikować już cztery miesiące po wykonanej egzekucji, o czym napiszę osobny post. Można więc umrzeć z pewną godnością, ale jednocześnie nie być uznanym za bohatera, w sensie etycznym czy moralnym. Myślę, że kat Albert Pierrepoint również odróżniał te dwa aspekty, oddzielał je od siebie grubą kreską: odwagę skazanych idących na śmierć, która wzbudzała podziw nawet u egzekutora oraz sprawiedliwość za czyny, których dopuścili się skazani i za które umierali.
W historii Irmy Grese nie chodzi o to, aby zastanawiać się czy jej śmierć była "heroiczna" czy "męczeńska", lecz o pokazanie tego, że nawet w chwili sądowej egzekucji człowiek wciąż pozostawał człowiekiem, a sposób w jaki skazany stawał na zapadni odsłaniał jego wewnętrzny świat: odwagę, opanowanie, wiarę, upór... Ani demonizacja, ani gloryfikacja nie powinny jednak przysłaniać rzetelnych badań naukowych oraz prawidłowej historycznej narracji.
Problematykę sprawców wielokrotnie podkreślał w swoich publikacjach lub wywiadach dyrektor Muzeum Auschwitz, Piotr Cywiński. Również dr Alicja Bartnicka, polska historyczka zajmująca się zagadnieniami dotyczącymi III Rzeszy twierdzi, że tematyka sprawców wciąż jest marginalizowana lub świadomie pomijana, ponieważ ma wrażenie, że badacze... zwyczajnie boją się tego tematu. Kluczowym problemem związanym z badaniami nad sprawcami jest ciągły brak źródeł historycznych, czyli archiwalnych. Nie da się prowadzić badań naukowych o przeszłości nie mając dostępu do bezpośrednich dokumentów. Dla mnie poukrywane "pryncypia" Irmy Grese oznaczały więc dokumentację, którą należało wyciągnąć z jej grobu na światło dzienne, a co za tym idzie: pozbierać ją z zasobów archiwalnych. I nie bać się spotkania z osobą z przeszłości, uznaną za nazistowskiego sprawcę.
"Zagadki są po stronie sprawców" - to zdanie Piotra Cywińskiego, które zamieszczono w jednym z wywiadów zapamiętałam najlepiej. Wzbudziło moje zainteresowanie. Zaintrygowało mnie. Z perspektywy czasu widzę, że Irma Grese przygotowała dla mnie bardzo trudną zagadkę. Postanowiłam się z nią zmierzyć, bo bardzo lubię rozwiązywać zagadki i łamigłówki z przeszłości. I koniecznie chciałam poznać, jakie będzie jej rozwiązanie...
Zobacz też:




























Komentarze
Prześlij komentarz