
Wszystkim wiadome tajemnice...
Na polskim rynku wydawniczym ukazała się nowa książka o chwytliwym tytule "Tajemnice niemieckich obozów koncentracyjnych". Sama dałam się na nią złapać, bo a nuż autor rzeczywiście opisał jakieś mało znane epizody z funkcjonowania niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych... No, ale niestety - rozczarowałam się już po przejrzeniu spisu treści. To nie są żadne tajemnice - tylko książka, która w skrócie opisuje powstanie pierwszych obozów koncentracyjnych w Rzeszy Niemieckiej, drogę do Zagały i eksterminacji oraz etapy jej późniejszego przeprowadzania. Dzisiaj nie można tych zagadnień uznać za jakiekolwiek tajemnice, bo na każdy z rozdziałów publikacji autorstwa Krzysztofa Drozdowskiego - napisano już wcześniej pokaźne tomy naukowe.
To książka typu "odgrzewany kotlet", bo dzisiaj dobrze sprzedają się książki o Holokauście, a najlepiej takie, które mają: krwistoczerwoną okładkę, a na niej zdjęcie z bramą "Arbeit Macht Frei" ewentualnie z główną wartownią z Birkenau w tle, oraz jakiś nazistowski symbol: swastykę lub jak w tym przypadku: oficerską czapkę z trupią główką. No i druty ociekające krwią. Chyba już więcej nie dało się upchnąć na jednej przedniej stronie.
Akurat byłam na dworcu i czekałam na pociąg, ale miałam jeszcze trochę czasu, więc weszłam do małej księgarni, gdzie zawsze kupuję gazetę na drogę, no i pech chciał, że wzięłam do ręki tę książkę. "Proszę, żeby tylko nie było w niej tematu nadzorczyń...!" - wykrzyczałam w myślach, widząc już jakiego typu jest to publikacja. No, ale ku mojej rozpaczy - temat nadzorczyń jest, a kiedy zobaczyłam jak brzmi tytuł rozdziału dotyczącego żeńskiego personelu strażniczego - to się lekko zdenerwowałam. Rozdział 19. ma bowiem tytuł: "Bestie, suki, wiedźmy".
Czy ten zestaw określeń czegoś Wam nie przypomina? No właśnie... Jeśli chce się napisać o "tajemnicy" obecności nadzorczyń na terytorium obozów koncentracyjnych, a nie ma się zbyt dużej wiedzy na ten temat, to najłatwiej zerknąć, co ktoś inny napisał już wcześniej i być może poprzestawiać kilka słów, aby nikt się tego nie domyślił... To chyba największa książkowa tajemnica autora, którą chciał ukryć przed czytelnikami, ale mu się to nie udało!
Trudno nie odnieść wrażenia, że czytając ten rozdział, łącznie z jego tytułem, autor posiłkował się wcześniej wydaną publikacją "Suki, wiedźmy i bestie" autorstwa Jana Jakuba Grabowskiego. Można by rzec, że jest to abstrakt ze wstępu do książki pana Grabowskiego, który podano w formie jednego z rozdziałów w "Tajemnicach niemieckich obozów...". Co gorsza, autor wybrał zaledwie dwie nadzorczynie z obozu Auschwitz, podając ich skrócone biografie, a są to Maria Mandl oraz, ku mojej jeszcze większej rozpaczy: Irma Grese.
I chyba nikogo to nie zdziwi, że opis działań Irmy Grese został podany na podstawie publikacji Daniela Patricka Browna. Tym bardziej ten fakt nie powinien dziwić, skoro książkę "Piękna Bestia" oraz "Tajemnice niemieckich obozów..." wydało to samo wydawnictwo, czyli Replika. Zawsze ostrzegam przed pisaniem prac naukowych na temat Irmy Grese, bazując jedynie na książce Daniela Patricka Browna, która nie była aktualizowana od 2001 roku i zawiera w sobie nieprawdziwe informacjie oraz błędnie zinterpretowane dokumenty archiwalne, a także niewłaściwie podpisane fotografie! Jak widzę, że ktoś opisał Irmę Grese, jej zbrodnie lub proces sądowy, a w przypisie widzę "Daniel Patrick Brown", wtedy zapala mi się - równie krwistoczerwona - lampka ostrzegawcza i wyje niczym obozowa syrena alarmowa!

Nie podoba mi się opis dotyczący Irmy Grese. Zdanie: "Nazwiska nadzorczyń, które przeszły do czarnej legendy obozów..." brzmi jakoś dziwnie. To nie była żadna legenda ani tajemnica. Zupełnie, jakby się opowiadało jakąś przerażającą bajkę niegrzecznym dzieciom. Znowu tworzony jest jakiś nietypowy "ranking" nadzorczyń: która była tą najbardziej sadystyczną? Oczywiście Irma Grese zawsze musi być w czołówce, na podium sadyzmu...
"Hiena z Auschwitz" to określenie, którym reklamowano ją po wojnie, zwłaszcza Amerykanie pisząc artykuły o nadzorczyniach i samej Irmie Grese uwielbiają stosować hasło "Hiena z Auschwitz" - zapewne zauważyliście to oglądając filmy na YouTube lub na Instagramie. To pojęcie jest odczłowieczające i nakręca dodatkowy, pośmiertny hejt wobec zmarłej osoby, o czym pisałam już parokrotnie na blogu. "Bestia z Belsen" to określenie kierowane przez prasę raczej w stronę Josefa Kramera, chociaż dłuższy czas pracował jako kierownik obozu w Birkenau. Powinien więc być nazywany "Bestią z Birkenau". Ja osobiście staram się już teraz nie stosować takich określeń wobec opisywanych postaci, a tym bardziej kobiet z personelu strażniczego. To wzbudza tylko niezdrową sensację i oddala od tego, co najważniejsze: rzetelnych badań naukowych.
Zdanie o tym, że Irma Grese rozpoczęła służbę jako "nastolatka" sprawiło, że lekko się skrzywiłam, bo kiedy czyta się o "nastoletniej" dziewczynie lub "nastoletniej" nadzorczyni, to ma się przed oczami raczej 14-latkę lub 15-latkę, niż 18-latkę. Wiem, że wiek nastoletni trwa do około 19 roku życia, ale w tym wypadku takie określenie może być niewłaściwie użyte. Rocznikowo, kiedy zaczęła pracę w obozie Ravensbrück w 1942 roku, Irma Grese miała już 19 lat, ale do swoich urodzin musiała poczekać do października - a wtedy, jak wiadomo - rozpoczęła już służbę w obozie Auschwitz.
Zresztą tutaj też pojawia się zagadnienie dojrzałości emocjonalnej u bardzo młodych kobiet, które pracowały jako nadzorczynie. Po ich zachowaniu i po tym, jak podchodziły do służby czy obowiązków widać, że nie były w pełni ukształtowane emocjonalnie, a ich system nerwowy był w ciągłym procesie dojrzewania. Dzisiaj wiadomo, że mózg człowieka kształtuje się aż do 25-ego lub nawet do 30-ego roku życia! Irma Grese pracując jako nadzorczyni popełniała przy tym różnorodne błędy, w tym także łamiąc regulaminy i dając przyzwolenie więźniarkom na kontakt fizyczny ze swoim ciałem (często pozwalała przekraczać im swoje granice) - te zachowania świadczą o jej niedojrzałości do pełnionej funkcji.
Siedząc na ławie oskarżonych w procesie w Lüneburgu, a potem idąc na własną śmierć, Irma Grese wciąż była w procesie dojrzewania neurologicznego. Mogła nie być w pełni świadoma moralności swoich czynów, systemu wpojonych jej wartości oraz surowych konsekwencji, które musiała ponieść za swoje decyzje. Ale to oczywiście jest moja własna opinia.
Tak samo określenie "ekstremalne okrucieństwo" też nie jest poprawne. Według mnie, Irma Grese nie była bardziej okrutna niż kilkadziesiąt innych nadzorczyń, pracujących w obozie Auschwitz. Analizując jej pracę na podstawie zeznań sądowych oraz czytając relacje więźniarek, maluje się obraz całkiem przeciętnej nadzorczyni, jednak z wyraźnie widoczną niedojrzałą postawą emocjonalną. Irma Grese stała się "jedną z najbardziej rozpoznawalnych zbrodniarek", ponieważ przyczyniła się do tego prasa oraz media, a zrobiły to już w lipcu i sierpniu 1945 roku. Irma Grese wcale nie była aż tak znana w obozie Auschwitz. Znały ją dobrze więźniarki z obozowej orkiestry i te, z którymi pracowała na co dzień w komandach roboczych. Więźniowie mężczyźni zwracali na nią uwagę, bo była bardzo młoda i miała sympatycznie wyglądającą buzię z jasnymi warkoczykami. To wzbudzało zainteresowanie.
Opis węgierskiej lekarki i więźniarki, Giselli Perl, który cytowany jest bardzo chętnie w każdej publikacji na temat Irmy Grese, również zawiera w sobie dwie skrajności: najpierw podane są pozytywne cechy odwołujące się do wyglądu Irmy Grese: radosne i niewinne oczy, anielska uroda, czysta cera i ogólnie ładne ciało, a następnie opis dotyczy jej "zdeprawowanych" cech charakteru: okrucieństwa, wyrachowania i... dewiacji. Szczerze, jako wieloletni badacz sprawczyń Zagłady patrzę już na ten opis nieco "przez palce". Nie wszystko, co opisała Perl mogło wydarzyć się tak, jak autorka książki "Byłam lekarzem w Auschwitz" to przedstawiła, a wspomnienia jej doświadczeń z tą nadzorczynią, które mają charakter niemal "histeryczny" oraz na kontrowersyjne wydarzenie dotyczące aborcji Irmy Grese - trzeba zawsze podchodzić ze zdrowym rozsądkiem oraz opatrywać je stosownym komentarzem. Ja byłabym tutaj bardzo, bardzo ostrożna.

Nie wiem, co takiego szokującego lub kontrowersyjnego jest w tym, co powiedziała Irma Grese w czasie przesłuchania sądowego na temat warunków sanitarnych obozu BIIc? Czy to kogoś jeszcze dzisiaj dziwi, że tak właśnie wyglądała rzeczywistość obozu Birkenau? Autor napisał, że Irma Grese mówiła w czasie procesu o swoich logistycznych problemach z funkcjonowaniem obozu BIIc "beznamiętnym głosem". Było nieco inaczej, Irma Grese zdenerwowała się i mówiła raczej podniesionym głosem. Na początku owszem, miała powolny lecz nie "beznamiętny" głos, jednak z każdą kolejną godziną przesłuchania jej zdenerwowanie sytuacją w sądzie było coraz bardziej widoczne, aż do niemalże krzyku i uderzania pięścią w obudowę pulpitu...
Jej praca w BIIc była klasyczną "walką z wiatrakami": chciała mieć porządek w "swoim obozie", ale jak wiadomo - "z pustego to i Salomon nie naleje". Czy może jest to dla kogoś śmieszne, że 21-letnia kobieta musiała radzić sobie z tysiącami więźniarek, przebywających w miejscu urągającym jakimkolwiek warunkom cywilizowanej egzystencji? Że więźniarki zapchały wszystkie latryny, których było zbyt mało, aby móc służyć 30 tysiącom osób? A może Irma Grese powinna była sama przepychać te toalety, a tego nie zrobiła? Dała więźniarkom koce, a one je pocięły na mniejsze kawałki i zrobiły z tych koców elementy odzieży, bo nie miały wystarczającej ilości swoich ubrań, aby przetrwać zimne noce w drewnianych barakach z ledwo co zbitych cienkich desek... Przypomnę, że dzisiejsze miasto Oświęcim ma 35 tysięcy mieszkańców. Na jednym odcinku budowlanym w Birkenau skoszarowano więc liczbę więźniów, która odpowiadała liczebności prawie całego dzisiejszego miasta Oświęcim!
I to mogłaby być ciekawa zagadka funkcjonowania obozów koncentracyjnych, takich jak ten w Birkenau: warto pokazać, w jakich naprawdę warunkach przebywali więźniowie i personel SS. Irma Grese mogła oblewać się drogimi perfumami, bo miała do nich nieograniczony dostęp dzięki codziennym transportom tysięcy ludzi do komór gazowych, ale warto zadać też sobie pytanie: czy za tym zapachem stała jakaś inna przyczyna niż tylko chęć ładnego pachnienia? Tak, macie rację i jeśli odpowiedzieliście, że duża ilość mocnych perfum mogła chociaż trochę przytłumić odór rozkładających się zwłok i palonych w piecach tysięcy ciał - rozwiązaliście jedną z tajemnic niemieckich obozów koncentracyjnych!
W takich warunkach pracowała młoda Irma Grese. Przecież to wszystko, odbijało się także na samych nadzorczyniach: one nie unosiły się cudownie nad ziemią, tylko też chodziły po tym samym błocie; te same wszy gryzły ich ciała; zarażały się tyfusem lub innymi chorobami zakaźnymi; były stale obserwowane przez przełożonych i oceniane; niedojadały w czasie wielogodzinnej służby (jedna z relacji mówił o tym, jak Irma Grese razem z więźniarkami z jej komanda roboczego zjadała jagody w lesie, bo też była głodna - to pokazuje dotychczas mało opisaną rzeczywistość pracy nadzorczyń...); patrzyły na te same zwłoki więźniów leżące w błocie oraz wdychały codziennie ten sam smród wydobywający się z kominów krematoryjnych..., a także - jeśli były młode lub naiwne - mogły być stale narażone na ataki ze strony męskiego personelu SS o podłożu seksualnym. Praca jak marzenie, prawda?

Sześć stron to bardzo mało, aby opisać w pełni problematykę niemieckich sprawczyń z obozów koncentracyjnych. To, co przedstawił Krzysztof Drozdowki w rozdziale "Bestie, suki, wiedźmy", powtórzę - nie jest żadną tajemnicą! Autor książki bazował, jak się domyślam, na publikacji autorstwa historyka Jana Jakuba Grabowskiego "Suki, wiedźmy i bestie" oraz na niezaktualizowanej od wielu lat książce Daniela Patricka Browna "Piękna Bestia".
Na przyszłość, jeśli mogę coś doradzić osobom, które chciałyby napisać podobną publikację o nieodkrytych do tej pory "tajemnicach" z obozów koncentracyjnych: darujcie sobie temat nadzorczyń - dla własnego dobra i dla dobra rzetelności naukowej. Powielanie tych samych, już od dawna znanych, jednak kontrowersyjnych cytatów lub wybieranie fragmentów zeznań sądowych, mających upewnić czytelnika, że opisywana postać była "dewiantką" - ma charakter dziennikarskiej sensacji niż publikacji historycznej.
Komentarze
Prześlij komentarz