Co wyrosło ze słoika z Vaterlandem?

Niewydeptany szlak, czyli: co wyrosło ze słoika z Vaterlandem?

W 2024 roku mieliśmy w rodzinie pogrzeb kobiety, która dość młodo zmarła na raka. Owszem, miała już dzieci i męża, ale wiadomo - śmierć zawsze przychodzi zbyt wcześnie. Pomimo tego, że nie znałam dobrze tej kobiety, było mi po ludzku smutno. Stałam nad jej grobem i patrzyłam na spuszczaną trumnę, mając jednocześnie klaustrofobiczne myśli o tym, że zaraz zamurują dziurę w ziemi płytami oraz cementem, a tam na dole zrobi się zupełnie cicho i ciemno. 

Rok później, w pierwszą rocznicę śmierci tej kobiety, siedziałam z rodziną w kościele na Mszy, słuchając kazania i myśląc jednocześnie o swojej książce na temat Irmy Grese, którą zaczęłam już wtedy pisać i  - rzecz jasna oczami wyobraźni - widziałam zupełnie inną grobową dziurę w ziemi, równie głęboką i tak samo ciemną. "Wiesz, czego się boisz..." - powiedziała do mnie Irma Grese, kiedy w 2024 roku powiedziałam jej, że spróbuję zebrać archiwalne dokumenty. Jak zawsze miała rację. Doskonale wiedziałam, czego się najbardziej bałam w tej opowieści. Odkąd zaczęłam zastanawiać się, czy pojechać do Hameln, głęboka dziura w ziemi coraz wyraźniej dawała o sobie znać. Myślałam też o tym, co można dać osobie zmarłej. Na rocznicę śmierci przyniosłam zmarłej kobiecie bukiet kupiony w punkcie samoobsługowym poczty kwiatowej. A co mogę przynieść Irmie Grese, kiedy już do niej pojadę? Czy zmarli czegoś potrzebują po tej drugiej stronie?

Kiedy ostatecznie postanowiłam pojechać do Hameln, aby tam przeprowadzić naukową kwerendę w archiwum i odnaleźć ukryty pod bluszczem grób na wezerskim wzgórzu, znowu zaczęłam rozmyślać: co można dać zmarłemu? Nie wypada przychodzić na cmentarz z pustymi rękami - wtedy przypomniałam sobie o... ziemi! W wielu kulturach istnieje tradycja rzucania ziemi na trumnę lub grób. Tak jakby wykonując ten gest chciałoby się powiedzieć: "Niech ci ziemia lekką będzie!". Zabrałam się do czytania listów Irmy, które po sobie zostawiła, chcąc odnaleźć w nich jakąś wskazówkę do dalszych działań: licząc na to, że listy z przeszłości podpowiedzą mi, co dalej robić. Musiałam koniecznie znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Jakieś słowo, które nakieruje mnie na właściwą drogę. I znalazłam.

Poszukiwane słowo brzmiało: "Vaterland" - to było to, czego potrzebowałam! Powtórzone trzykrotnie w ostatnim liście słowo "Vaterland" nie mogło być przypadkowe. Tylko... co ono dokładnie oznaczało? Sprawa ze słowem "Vaterland" nie jest bowiem taka oczywista. W języku niemieckim są dwa słowa oznaczające ojczyznę. "Vaterland" to określenie kraju jako całości państwa, a "Heimat" - rodzinnych stron, z których dana osoba pochodziła. Jednak... jeśli tak przetłumaczyć dosłownie słowo "Vaterland" oznacza ono "ziemię ojczyźnianą" - ojcowiznę. Słowo z listu Irmy Grese nakierowało mnie na bardzo konkretną drogę. Kolejna wskazówka "łamigłówki z przeszłości" prowadziła prosto do... Meklemburgii. 

"Bardzo dobrze" - pomyślałam, bo dziwnym zbiegiem okoliczności, zamierzałam pojechać do Niemiec w maju 2025 roku na uroczystości 80. rocznicy wyzwolenia obozu Ravensbrück. Miałam zrobioną już rezerwację na noclegi w mieście Neubrandenburg, stolicy Pojezierza Meklemburskiego. Bliżej Wrechen, rodzinnej wioski Irmy Grese, już być nie mogłam! 

W maju 2025 roku ponownie odwiedziłam małą wioskę Wrechen w Meklemburgii.

Pozostało mi tylko wykonać zadanie i pojechać po "Vaterland" do wioski Wrechen. Ze wsi Blankensee do Wrechen trasa wynosiła około 25 kilometrów w jedną stronę. Nie miałam jednak swojego roweru. Z pomocą przyszedł mi właściciel posesji, u którego wykupiłam pobyt. Miał duży rower z przerzutkami i pozwolił mi go wziąć na wyprawę. Właściwie, gdyby nie ten rower, nie dałabym rady tak szybko i sprawnie przejechać takiego dystansu w jeden dzień. 

Tamtego dnia zrobiłam łącznie prawie 50 kilometrów po meklemburskich szosach i ścieżkach. A teren nie należy do najłatwiejszych, jeśli chodzi o rowerowe wycieczki. Trzeba bowiem wiedzieć, że Pojezierze Meklemburskie jest mocno pofałdowane, a niektóre wzniesienia naprawdę strome! Podjazdy na rowerze bez przerzutek zazwyczaj wyglądały u mnie tak, że schodziłam z roweru, podprowadzałam go na szczyt wzniesienia i dopiero zjeżdżałam w dół. Tym razem dzięki przerzutkom w pożyczonym rowerze, bez większych trudności mogłam pokonać strome pagórki. Po około dwóch godzinach jazdy dotarłam do Wrechen, a widok znanej żółtej tablicy z napisem sprawił, że odetchnęłam z ulgą. 

Maj w Meklemburgii jest najpiękniejszy!

Kiedy tam jestem, zazwyczaj zamawiam kawę i siadam wygodnie przy stole, ustawionym na małej łące. Nie inaczej było w 2025 roku. Wyjęłam  tablet i zaczęłam rysować ilustrację do książki "Schnell!", przedstawiającą budynek zabytkowego Gutshofu. Chciałam opisać jego historię, bo uważam, że historia budynków jest równie interesująca, co opowieść o ludziach zamieszkujących ich wnętrza. Obserwowałam biegające w oddali kury oraz białe kwiaty kasztanowców, kołyszące się na lekkim wietrze. Maj w Meklemburgii zawsze jest najpiękniejszy! Bardzo lubię być w miejscach, o których piszę - dzięki temu mogę jeszcze lepiej wczuć się w przedstawianą przez siebie historię, stać się jej częścią! 

Postanowiłam pójść na spacer wokół jeziora Wrechener See. 

Poszłam na spacer wokół jeziora Wrechener See, bo chociaż byłam już wcześniej kilka razy przejazdem we Wrechen, nigdy jeszcze nie okrążyłam całego jeziora. Postanowiłam więc nadrobić te zaległości! Myślałam zawsze, że jest ono dość małe, takim się przynajmniej wydawało. Kiedy wyszłam ścieżką za zabudowania dawnego folwarku, szłam i szłam, a końca jeziora nie było widać... Jego brzeg jest dość mocno zarośnięty, stąd zapewne na mapie satelitarnej jezioro wydawało się mniejsze niż jest w rzeczywistości. Patrzyłam z dużym zaciekawieniem na teren, który w pewnym momencie skojarzył mi się ze słynną tapetą z systemu Windows XP, z pewnością ją pamiętacie: zielone wzgórze i błękitne niebo z małymi obłoczkami. Tak właśnie wygląda okolica wioski Wrechen: jak tapeta z Windowsa.

"Przez ile dróg musi przejść każdy z nas, by człowiekiem się stać?".

Maszerowałam i maszerowałam, coraz bardziej oddalając się od folwarku. Już go wcale nie widziałam zza gęstych drzew. Nie słyszałam żadnych odgłosów cywilizacji. Zastanawiałam się, jak żyła tutaj Irma Grese, pośród tej przyrody, z dala od większej ilości ludzi i miast. Znałam treść wywiadu z Helene Grese, w którym opowiedziała o codzienności życia w tak małej miejscowości i domowych obowiązkach, jakie wykonywało rodzeństwo Grese, kiedy jeszcze byli dziećmi. I tak sobie pomyślałam, że to wcale nie jest niczym dziwnym, że Irma Grese chciała jak najszybciej opuścić rodzinną wioskę i zobaczyć, jak wygląda ten, wiecie - "prawdziwy świat". Bo przez 14 lat swojego życia widziała wiejskie domy, drzewa, jezioro, niebo z chmurami, różne zwierzęta gospodarcze oraz ludzi zmęczonych ciągłą pracą... Będąc nastolatką, Irma Grese miała już dosyć patrzenia na "tapetę z Windowsa"!

Okolice wioski Wrechen to mała niemiecka idylla.

Dzisiaj wiadomo, że idylliczne widoczki, w których wyróżniały się trzy kolory: zielony, żółty oraz niebieski, zamieniła na zupełnie inne odcienie, które zdominowały jej późniejsze życie. Zieleń stała się bardziej przygaszona, pojawiło się dużo szarości i czerni. Obraz jej życia stał się prawie monochromatyczny... Zmęczonych pracą mieszkańców swojej wioski zamieniła na twarze wynędzniałych więźniarek, a wiejskie zwierzęta na zwłoki "podludzi", leżące na ziemi. Błękit nieba przysłonił czarny dym, a zieleń trawy - lepkie błoto. W "prawdziwym świecie", który tak bardzo pragnęła poznać, nie spotkało ją nic dobrego. Ostatecznie jej własne młode ciało wchłonęła ziemia na odległym wzgórzu, a opuszczoną mogiłę porosły dzikie rośliny. 

W połowie drogi wokół jeziora, zobaczyłam wysokie wzniesienie, na którego szczycie rosło samotne małe drzewko. Przyciągnęło moją uwagę, wyglądało nienaturalnie. Jedno drzewo na szczycie wzgórza wyglądało jak narysowane ręką dziecka. Postanowiłam wspiąć się i zdobyć najwyższy "szczyt" Wrechen. Trochę czasu zajęło mi wejście na samą górę. Znowu rzeczywistość okazała się inna niż moje przypuszczenia o łatwości zdobycia wzgórza: było naprawdę wysokie! A kiedy stanęłam na miejscu zdziwiłam się bardzo, bo już gdzieś widziałam podobnie wyglądające drzewo z porozrzucanymi wokół niego kamieniami. 

Bliźniacze "drzewo poznania dobra i zła" rośnie na wzgórzu we Wrechen.

Tak, zdecydowanie to było drzewo bardzo podobne do tego, które widziałam wielokrotnie spacerując po obozie BIIc w Birkenau: równie nienaturalnie wyglądające samotne drzewo stojące tuż obok rampy. "Drzewo poznania dobra i zła" - jedno nieco większe rośnie w Birkenau, ale do tej pory nie wiedziałam, że jest też i drugie, które rośnie na wzgórzu Wrechen - w miejscu, gdzie Irma Grese podjęła decyzję o opuszczeniu rodzinnego domu, a decyzja ta ostatecznie zaprowadziła ją do głębokiego i ciemnego grobu. Zrobiłam kilka zdjęć oraz ujęć filmowych okolicy i zbiegłam ze wzgórza w kierunku jeziora.

Wzięłam ze sobą słoik, a kiedy wróciłam do folwarku, poszłam tam, gdzie jest drewniany pomost i zebrałam parę garści ziemi, wsypałam ją do słoika i obficie polałam wodą z jeziora. "To prawdziwy Vaterland w słoiku!" - pomyślałam. Zakręciłam pokrywkę, a słoik zabrałam ze sobą do Polski. W domu postawiłam go na parapecie za doniczkami, uprzednio odkręciłam pokrywkę, aby ziemia wyschła i... zapomniałam o nim.

Do słoika wsypałam kilka garści ziemi znad Wrechener See...

Jakie było moje zdziwienie, kiedy po dwóch tygodniach zajrzałam do słoika, a tam zobaczyłam... kiełkujące roślinki! W ziemi musiały znajdować się nasiona roślin rosnących przy brzegu jeziora. Po maleńkich listkach zauważyłam, że w słoiku było kilka różnych rodzajów roślin. Ziemia przeschła, zaczęłam je podlewać kranówką, a roślinki rosły i rosły... Po miesiącu były już całkiem spore, a na początku lipca wychylały się poza krawędź słoika. Przed wyjazdem do Niemiec delikatnie docisnęłam pokrywkę, a słoik zabrałam ze sobą w daleką podróż. 

... i obficie podlałam ją wodą z jeziora.

"Słoik z Vaterlandem" naprawdę okazał się być "Vaterlandem" z listu Irmy Grese. Objechał ze mną w 2025 roku całe Niemcy: od Meklemburgii, poprzez Brandenburgię dotarł do Polski i Warszawy, potem przemierzył Śląsk i przekroczył granicę z Czechami, pokonał całą długość Austrii (był nawet w Wiedniu i Salzburgu!), zwiedził Bawarię oraz Monachium, zahaczył o Saksonię-Anhalt, by ostatecznie dotrzeć do Hameln w Dolnej Saksonii. Uff - co za podróż! Słoik mieszkał w sakwie rowerowej i bardzo uważałam, aby go nie stłuc!

Po dwóch tygodniach z ziemi w słoiku wyrosły małe roślinki!

Spacerując po Hameln dużo myślałam o tym, że Irma Grese zamieszkała już na zawsze w tym konkretnym mieście, które zawsze wzbudzało we mnie panikę. A więc Hameln stało się domem Irmy Grese, którego ona sama sobie dobrowolnie nie wybrała... Ktoś inny zadecydował za nią, że pozostanie na zawsze pośród bukowych drzew na wezerskim wzgórzu. 

Zapamiętałam pewien cytat ze słów byłej więźniarki, Anity Lasker-Wallfisch, który odnosił się do Irmy Grese i był dość nietypowy:

"Znałam ją z Auschwitz. Teraz pojawiła się w Belsen. Zawsze towarzyszył jej pies i miała ze sobą szpicrutę. Ta Irma Grese podeszła do mnie pewnego dnia i zaczęła przyjacielską rozmowę. Nie mogłam w to uwierzyć: to po prostu nie mogło się wydarzyć. Nie pamiętam dokładnie treści rozmowy, ale uderzające było to, że użyła słowa 'my', jakbyśmy należały do tego samego gatunku!

'Wkrótce będziemy mogły wrócić do domu'.

To było niewiarygodne. Było tylko jedno wytłumaczenie: koniec był bliski. Irma Grese bała się i próbowała mi się przypodobać. Wzbudziła szczególne zainteresowanie na procesie w Lüneburgu, ponieważ była dość atrakcyjna, przynajmniej tak twierdziły brytyjskie gazety".

Anita Lasker należała do żeńskiej orkiestry obozowej w Birkenau. Wiadomo, że Irma Grese znała wszystkie więźniarki, które grały w orkiestrze, gdyż bardzo lubiła słuchać muzyki klasycznej i chętnie brała udział w koncertach zorganizowanych dla personelu obozu. Myślę, że Irma Grese wcale nie musiała udawać przed Anitą Lasker swojej sympatii. Wiadomo, że darzyła dobrymi uczuciami także pozostałe kobiety z orkiestry, a nawet próbowała im pomóc dotrwać do czasu wyzwolenia obozu. Myślę, że słowa, które padły z ust Irmy Grese o rychłym powrocie do domu również były w pełni szczere. Czego najbardziej pragnie człowiek po zakończonej wojnie, jak nie powrotu do swojego domu, w którym zobaczy rodzinę i bliskich?

Roślinki przetrwały tę eskapadę swojego życia - nasiona znad jeziora Wrechener See chyba nigdy nie przypuszczały, że objadą taki kawałek Europy i zamieszkają na wezerskim wzgórzu. "Skoro Irma nie może już wrócić do domu, to dom wróci do niej" - tak właśnie pomyślałam. Wszystko jest możliwe, jeśli tylko chce się spełnić czyjąś niewysłuchaną prośbę! 

*

Tak więc opisana przeze mnie historia z książki "Schnell!" jest prawdziwa: "Słoik z Vaterlandem" istniał naprawdę. A jaki jest morał tej opowieści? Może taki, że warto wsłuchać się lub wczytać w to, o co proszą zmarli, aby i oni mogli poczuć spokój? Może też to, że czasem z miejsca, w którym na pozór nic nie ma - może wyrosnąć coś pięknego, co nas samych pozytywnie zaskoczy? Że głęboka i ciemna dziura w ziemi wcale nie jest aż tak straszna... Zastanawiałam się, czy to była tylko jedna z wielu dziwnych "przygód", jakie miałam okazję doświadczyć w czasie swojej długiej podróży? A może to opowieść o tym, że warto odważyć się i wybrać mniej wydeptany szlak... aby znaleźć drogę do samego siebie.

Niewydeptany szlak... Pamiętam ten cytat z pocztówki, którą kiedyś dostałam od znajomych: "W lesie były dwie drogi. Wybrałem mniej wydeptaną". Ta sentencja towarzyszy mi w wielu podróżach i w pracy naukowej. Zawsze wybieram tę mniej wydeptaną ścieżkę, idę tam, gdzie inni jeszcze nie dotarli. Przecieram szlak. Wiele osób boi się mówić o sprawcach Zagłady, nie dotyka tego tematu, bo nadal jest zbyt kontrowersyjny. Jest niczym zarośnięty szlak pamięci. To jest wciąż temat tabu, który wzbudza strach i panikę, nawet u doświadczonych badaczy. 

W 2025 roku postanowiłam więc spróbować innej metody na rozwiązanie "łamigłówki z przeszłości": zamiast walczyć z Irmą Grese - co i tak byłoby z góry przegraną dla mnie opcją - zaczęłam z nią współpracować. Musiałam jej zaufać i zrozumieć, co chce mi powiedzieć. Próbowałam przełamać historyczne tabu. A przede wszystkim dotrzeć do miejsc, gdzie chciała mnie zabrać i pokazać Irma Grese, bo jak wiadomo, najlepiej słyszy się i widzi tyko sercem. Choćby nawet takim w kolorze feldgrau. 

Zapomniana i dawno nieuczęszczana ścieżka na cmentarzu "Am Wehl" doprowadziła mnie do miejsca, w którym rozpoczęłam swoją wędrówkę - bardzo dawno temu - ale wówczas nie miałam odwagi jej ukończyć. Odnalezione w gęstym bluszczu "pryncypia" okazały się najprawdziwszym skarbem, potrzebnym do wypowiedzenia słów o przebaczeniu sprawcy.  

Niech ziemia z meklemburskiego "Vaterlandu" wyda dobry plon...!

W kulturze chrześcijańskiej dzień śmierci jest równoznaczny z dniem duchowych narodzin. Można oswoić się z tym tematem i go zaakceptować. Można też spróbować "oswoić" sprawców i wziąć za nich odpowiedzialność. Można razem z nimi zacząć wszystko od nowa, zostawiając za sobą bolącą przeszłość i kroczyć ku lepszej przyszłości - ramię przy ramieniu. Dlatego śmierć nigdy nie jest ostatecznym końcem. Jest przejściem do nowego rozdziału. Chciałam go napisać razem z Irmą Grese, znamy się przecież już od tylu lat... 

Zawsze kiedy jadę na rowerze przez zielono-złoto-niebieską krainę i widzę, jak po niebie suną leniwie białe obłoki, słyszę ptaki śpiewające w przestworzach i czuję intensywny zapach kwiatów w przydomowych ogródkach - myślę o tym, jak bardzo jestem szczęśliwa mogąc patrzeć na tę niemiecką "tapetę z Windowsa"... 

Tak, maj w Meklemburgii jest najpiękniejszy! 

"W lesie były dwie drogi. Wybrałem mniej wydeptaną". Jeśli więc kiedyś zbłądzicie w gąszczu własnych lęków, trudnych emocji i braku odwagi, dochodząc do miejsca, w którym jeden szlak rozdziela się na dwie drogi  - wiecie już dobrze, którą z nich wybrać...!

Zarośnięte, jeszcze niewydeptanie ścieżki naszej wspólnej wędrówki między światem żywych a umarłych, nie powinny być dla nas przeszkodą, której nie dałoby się razem pokonać. Tuż przed zachodem słońca odkręciłam pokrywkę słoika i rozsypałam ziemię z meklemburskiego "Vaterlandu" na wezerskim wzgórzu. Bywa bowiem tak, że to, co najważniejsze - jest niewidoczne dla oczu…

Zobacz też:

Komentarze


Popularne posty:

Translate