
Mieczysław Szachewicz, nr obozowy 18630
"Niedziela"
Gong przerywa ciszę nocną. Godzina 6 rano. Niedziela. Dzień niczym specjalnie nie różniący się od innych niedziel w KL Auschwitz. W Niedzielę więźniowie śpią o jedną godzinę dłużej.
Gong. Dźwięk wydawany uderzeniami specjalnego metalowego drążka o kawałek szyny kolejowej zawieszonej przy kuchni.
Na blokach rozpoczynają swoje zajęcia blokowi i sztubowi. Wrzeszczą na rozespanych więźniów "Auf", "Schnell", przeplatając te okrzyki przekleństwami. Popędzają do szybkiego wstawania. Spychają co oporniejszych z łóżek wprost na podłogę.
Wszystkie ranki, nawet i niedzielne rozpoczynają się zawsze w ten sposób. Wrzaski i bicie, ponaglanie do szybkiego ścielenia łóżek, mycia się i wychodzenia z bloku. "Alles raus", "Alles raus". Ogólne zdenerwowanie, napięcie, strach. Obłęd od samego rana.
Dyżurni wyznaczeni przez sztubowych do sprzątania sal i wyrównywania łóżek, zabierają się do swoich zajęć. "Herbatę" na śniadanie przynieśli dyżurni więźniowie jeszcze przed gongiem. Stoi w kotłach na sztubach.
Blok pustoszeje.
Mieczysław Szachewicz, fotografia z obozu Auschwitz.
Źródło: Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu
Posiadacze papierosów lub tytoniu kupionego w kantynie obozowej, palą stojąc oparci o blok lub siadają pod jego murami. Głodni, oszukują żołądki dymem, wprowadzając się w stan lekkiego rauszu. Ci co nie mają nic do palenia, proszą kolegów, aby dali pociągnąć choć "dymka". Niektórzy piją surową wodę, nie nadającą się właściwie do picia. Wypełniają nią puste żołądki.
Jako ostatni wychodzą blokowy, schreiber i sztubowi. Na komendę blokowego "Formieren", rozpoczyna się ustawianie do apelu w rzędach liczących po 10 więźniów. Na komendę "Richt'euch", wszystkie szeregi muszą być wyrównane.
Blokowy wraz ze schreiberem przeliczają dokładnie stan.
Doliczają chorych wyprowadzonych przed blok. Tych, którzy nie mają sił stać, kładzie się na końcu szeregów na ziemi. Niektórzy dogorywają. Po apelu zostaną zaprowadzeni na blok nr 28 - do "szpitala". Szreiber blokowy skreśli ich numery ze stanu bloku.
Gdy stan faktyczny zgodzi się ze stanem sporządzonym przez schreibera blokowego, nastąpi oczekiwanie na złożenie raportu blockführerowi - SSmaonowi, opiekunowi bloku. Gdy stan się nie zgodzi, rozpocznie się gorączkowe dociekanie. Kogo brakuje, co się z nim stało itd. Na szczęście stan się zgadza.
W oczekiwaniu więc na blockführera, więźniowie rozmawiają ze sobą półgłosem, wspominając najczęściej przeróżne potrawy jedzone na wolności /głód widocznie ma to do siebie, że zmusza język do mówienia wyłącznie o jedzeniu/. Takie rozmowy przeprowadzają między sobą nieomal wszyscy.
Blokowy od czasu do czasu ucisza więźniów wrzeszcząc swoje "Ruhe", "Ruhe".
W tym czasie taki dodatkowy "przed apel" przeprowadza raportschreiber - więzień odpowiedzialny za zgodność stanu całego obozu. Biega od bloku do bloku i zbiera informacje o zgodności stanu więźniów. Blokowi podają mu liczby swoich ludzi, co zostaje natychmiast skonfrontowane z listą schreibstuby głównej.
Przyszedł blockführer. Blokowy znów wydaje komendę: "Stillgestanden!". Po wyrównaniu szeregów znów krzyczy: "Stillgestanden!", "Mützen ab!", "Augen rechts!" lub "Links" w zależności, w którym miejscu znajduje się blockführer.
Teraz następuje meldunek blokowego. Po przyjęciu meldunku, blockführer rozpoczyna znów liczenie więźniów, czyniąc to z pedantyczną dokładnością. Cała ta procedura trwa zawsze długo. Wszyscy stoją na baczność z oczami skierowanymi w stronę blockführera.
Wreszcie daje się słyszeć głos raportführera - zwierzchnika blockführerów. Wzywa ich do złożenia raportu. Nasz blockführer znów zarządza: "Stillstand!" "Augen rechts!". Odchodzi w kierunku kuchni, przed którą znajduje się stanowisko raportführera.
Wezwani blockführerzy ustawiają się przed obliczem raportführera w szeregu, zachowując kolejność reprezentowanych przez siebie bloków. Następuje podawanie liczby więźniów poszczególnych bloków.
Po przyjęciu raportów, wpisaniu oraz podsumowaniu ogólnej liczby całego obozu, raportführer sprawdza je ze stanem podanym mu ze schreibstuby głównej. Wrócił blockführer. Pada znów komenda: "Augen gerade aus!", "Ruhestellung!". Następuje teraz z kolei meldunek składany lagerführerowi. Raportführer komenderuje w tym czasie więźniom: "Achtung!", "Alles stillstand!", "Mützen ab!", "Augen rechts!". Gdy raport zostaje odebrany, znów komenderuje: "Augen gerade aus!", "Mützen auf!", "Ruhestellung!". Wreszcie każe rozejść się.
Po apelu niektóre komanda wychodzą poza teren obozu w asyście SSmanów, do normalnej pracy. Pozostali więźniowie idą do bloków na "śniadanie", aby wypić z miski trochę "herbaty". Zanim to jednak nastąpi, poszczególni kapowie i blokowi wyłapują więźniów do przeróżnych prac porządkowych. Zapisują ich numery, biją opornych. Obiecują wynagrodzenie w postaci dodatkowej miski zupy. Nie wszyscy jednak dotrzymują później słowa. Często zamiast tej miski zupy, dostaje się kopniaka. Więźniom, którym udało się uchronić od przyłapania, pozwala się wejść do bloków.
Ogłoszono "blokszperę". Nikomu nie wolno samowolnie wychodzić z bloków. Drzwi pozamykano na klucze.
W tym czasie blokowy zarządza ogólne golenie się i strzyżenie włosów. Koledzy, którzy jako tako umieją władać brzytwą i maszynką do strzyżenia, a którzy podjęli się tej pracy za obiecaną miskę zupy, śpieszą się. Klientów jest wielu. Muszą czekać w kolejce.
Po jakimś czasie wchodzi na salę blokowy. Dba o to, aby czekającym więźniom zanadto się nie nudziło. Wyprowadza ich przed blok i ćwiczy z nimi "Mützen ab" i "Mützen auf". Chodzi mu o to, aby przy komendzie "Mützen", wszyscy nauczyli się jednocześnie chwytać brzeg swojej czapki, a na komendę "ab", szybkim ruchem ściągnąć ją z głowy i energicznie przyciągnąć rękę do tułowia, uderzając głośno o biodro. Odgłos uderzenie wszystkich więźniów powinien być jednoczesny.
Inaczej przy komendzie "Mützen auf". Na komendę "Mützen", należy natychmiast włożyć czapkę na głowę i chwilę przytrzymać w tej pozycji rękę. Na komendę "auf" - energicznym ruchen opuścić rękę wzdłuż tułowia. Odgłos uderzenia też powinien być jednoczesny. Tego właśnie wymaga się od nas. Sprawne wykonanie przez ogół więźniów tych rozkazów, było ambicją blokowych i blockführerów, a także raportführera i lagerführera.
Po ćwiczeniach, następuje znów gimnastyka. "Rolowanie się" po żwirze, przysiady, skakanie żabką. Po tym olbrzymim wysiłku, każą skrobać szkłem taborety, czyścić łóżka itp. Doraźnie ukarani, trwają godzinami w przysiadzie, trzymając w wyciągniętych do góry rękach taborety.
Tak zatrudnia się więźniów aż do godziny 11:30. Teraz należy opuścić blok, aby przygotować się do apelu południowego. Można nareszcie skrycie zapalić papierosa. I znów ustawianie się w kolumnach, liczenie i wszystkie inne czynności analogiczne jak podczas apelu porannego z tą różnicą, że niektóre komanda nie powróciły jeszcze z prac, a to utrudnia i przedłuża apel.
Po apelu, przeprowadzony został tak zwany "läuseapel", czyli generalne szukanie wszy. W tym czasie przychodzą pflegerzy i kolejno sprawdzają koszule każdego więźnia. Szukają w szwach i pod pachami. Bloki pozamykane i nikogo do nich nie wpuszcza się. Wszyscy muszą być skontrolowani. Więźniowie stojący w dalszych rzędach, sami zdejmują koszule i przeszukują je. Znalezioną wesz biją skrycie tak, aby nie zauważył tego nikt z władz obozowych. Z tak odwszoną koszulą odważają się podejść do kontroli. "Czystych" przepuszcza się za szereg pflegerów i pozwala wejść do bloku. Numer obozowy więźnia w którego znaleziono wesz - zostaje zapisany. Niektórzy zostaną za to zbici tak dotkliwie, że trzeba będzie odnosić ich do "szpitala".
Wśród więźniów wielu cierpi na chorobę zwaną w obozie "krecą". To świerzb. Za drapanie się także biją. W celach leczniczych zostaje przyniesiona w specjalnych faskach czarna maść, którą chorzy smarują całe ciało. Delikwent wygląda jak murzyn, a w dodatku czuć go dziegciem.
Po dokonanym "läuseapelu" można wejść do bloku. Każdy udaje się do swojej sztuby, staje z miską w kolejce do kotła i otrzymuje "świąteczny" obiad. Z jednego kotła - 4 do 6 kartofli w łupinach, tak zwanych "pelkartoffel", a z drugiego kotła niepełny kubek wodnistej zupy. Wszystko do jednej miski. Po "obiedzie", umyciu miski i łyżki - przymusowe spanie, które ma trwać do godziny 15:00. Nieogoleni i nieostrzyżeni muszą jeszcze czekać w kolejce, łatając w międzyczasie swoje pasiaki.
O tej też porze odbywa się pisanie listów do rodzin /oczywiście w języku niemieckim/, do czego jest obowiązany każdy więzień raz na dwa tygodnie. O napisanie listu prosi się kolegów, którzy znają język niemiecki. To też mają oni pełne ręce roboty. Treść listów nieodmiennie ta sama: "Kochani! Jestem zdrów i czuje się dobrze...".
Słowa te to zaprzeczenie faktycznego stanu. Trudno utrzymać zdrowie w tak okrutnych warunkach. Cenzura obozowa wycina z listów fragmenty o innej treści. Zresztą, który z więźniów chce dodatkowo martwić swoich najbliższych pisząc prawdę?
Ciasno. Tylu ludzi na bloku. Blokowy i sztubowi dokuczają i pastwią się nad współwięźniami. Mogą tu przecież okazać swoją władzę i siłę. Ofiary się nie bronią. To prawie szkielety.
Godzina 16:00 lub 17:00. Kolacja. Pajdka chleba, po plasterku margaryny i kiełbasy, łyżeczka marmolady, "herbata". Chleb zjada się z wielkim namaszczeniem. Tu nie ma mowy o pozostawieniu okruchów. Te zbiera się skrzętnie.
Teraz można nareszcie wyjść na teren obozu. Te chwile należą już do więźniów. Spotykamy się z kolegami odwiedzając ich na innych blokach oraz spacerujemy między blokami lub po alejce "brzozowej". Wspomina się dom, rodzinę, najbliższych. Czyta wspólnie listy. Wszyscy marzą powszechnie o najedzeniu się do syta. Dzielą się informacjami o przeżyciach obozowych. Rozmowy wypełnione są tęsknotą za wolnością. Odrywają chociaż na krótki czas od smutnej rzeczywistości. Jednak gdy spojrzało się na dymiący wciąż komin krematoryjny oraz przypominało mowę powitalną lagerführera, że: "...wyjście stąd każdego z was jest tylko przez komin...", mimo woli nasuwały się smutne refleksje. Silniejsi jednak nie dopuszczają do tragicznych myśli. Mimo wszystko gorąca wiara w ostateczną klęskę Niemców dodaje sił do wytrwania.
Słychać muzykę. To na rozkaz SS koncertuje orkiestra obozowa poza drutami, na skwerze za budynkiem krematoryjnym. SSmani lubią przecież muzykę.
Jutro poniedziałek. Znów pójdziemy do ciężkiej pracy. Oddział polityczny prawdopodobnie wyselekcjonował już partię więźniów na "rozwałkę". Świeża krew cieknąca z "rolwag", którymi będą przewozić zamordowanych, a znacząca drogę z bloku nr 11 do krematorium, poinformuje nas o tym.
Godzina 21:00. Gong obwieszcza ciszę nocną. Wszyscy muszą już być w łóżkach. Blokowy powiedział "Gute Nacht" i poszedł do swojego pokoju.
Niektórzy zasypiają natychmiast. Inni słuchają opowiadań, wierszy. Przekazują je byli aktorzy, artyści, profesorowie... Większość jednak zajęta jest własnymi myślami. Analizują skąpą treść zwartą w listach od rodzin. Każde słowo. Marzą, wspominają. W ciszy nocnej słychać westchnienia.
Od czasu do czasu wpada przez okno na salę snop światła. To z reflektora zainstalowanego w budce strażniczej. Post przeszukuje w ten sposób część terenu obozu, który dozoruje. Słychać wystrzał karabinowy. To znów jakiś zdeterminowany więzień poszedł "na druty". Wybrał śmierć.
Jutro rozpoczyna się nowy tydzień. Który to już z kolei?
Zobacz też:
Komentarze
Prześlij komentarz