Pan Bóg łzy liczy: Tropem jednego wiersza


Cztery siostry ze Spały i wiersz z Ravensbrück

Reportaż Elżbiety Więcławskiej inspirowany wierszem "Cztery siostry z Ravensbrück" obozowej poetki Zofii Górskiej, którego bohaterkami są Janina i Barbara Cabanówny oraz ich siostry stryjeczne - Halina i Irena Poborcówny. Dziewczyny pochodziły ze Spały, gdzie po wybuchu II wojny światowej ulokowano niemieckie Naczelne Dowództwo Wojskowe Wschód. Aresztowane za działalność konspiracyjną zostały przewiezione do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück i rozstrzelane 3 października 1942 roku.

Kliknij na obrazek. Strona z filmem otworzy się w nowym oknie:


Telewizja Polska, "Niecodzienne historie - Tropem jednego wiersza"
Łódź, 1980. Źródło: 
cyfrowa.tvp.pl

"Janina i Bronisława Cabanówny oraz Irena i Halina Poborcówny – te cztery harcerki aresztowane za wynoszenie tajnych dokumentów ze sztabu Hitlera w Spale, po torturach w gestapo żyją w obozie w nieustannym oczekiwaniu na wyrok. 3 października 1942 roku dzielne harcerki, które nie ujawniły ani jednego nazwiska ze swojej grupy konspiracyjnej Związku Walki Zbrojnej, zostają rozstrzelane. Po ich śmierci więźniarki pracujące w pralni odnajdują w zakrwawionym kołnierzu ostatni list: Odchodzimy, staramy się być mocne i spokojne, pozdrówcie rodziny – pamiętajcie o nas".
Danuta Brzosko - Mędryk

Wspomnienie o Danusi Cabanównie

Pomimo, że przyjechałyśmy do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück tym samym "Sondertransportem" w dniu 10 kwietnia 1942 roku, poznałam Danusię dopiero w początkach lipca. Zaczynał się wtedy w obozie żywy ruch umysłowy, któremu sprzyjało pewne rozluźnienie dyscypliny w związku z szybko wzrastającą ilością więźniarek, przywożonych z różnych stron Europy. Liczne transporty przyjeżdżały po kilka razy w tygodniu - mniej liczne, rzadziej odjeżdżały w nieznane... Jadąc do obozu, zdawałyśmy sobie sprawę, że czeka nas ciężka praca i złe traktowanie, ale nie wiedziałyśmy nic o wykonywaniu wydanych zaocznie przez Gestapo wyroków śmierci.

Wkrótce po przybyciu do obozu, a ściślej mówiąc, 14 kwietnia 1942 roku przeżyłam silny wstrząs psychiczny na wieść o tym, że poprzedniego dnia zostało rozstrzelanych kilkanaście kobiet z Częstochowy z poprzedniego transportu, które przebywały już w obozie prawie rok, i z którymi rozmawiałam zaraz po przyjeździe. Głód, bardzo surowa dyscyplina, jaka wtedy jeszcze panowała i przede wszystkim świadomość, że w każdej chwili spotkać mnie może ten sam los, co młodziutką, pełną wdzięku Krysię Krauzównę, poważną, choć niemniej młodą Zosię Łagodzińską, czy dzielną Halę Krzemińską, wspaniałą organizatorkę dożywiania zgłodniałych - spowodowały, że poczułam się jakimś nikomu niepotrzebnym, zagubionym we wszechświecie pyłkiem, nie mającym nic wspólnego ze światem, w którym żyłam dotąd.

Myśl o nieuniknionej śmierci nie opuszczała mnie i w pierwszych dniach po wstrząsającej wiadomości była ciężarem nie do uniesienia. Potem zaczęłam się stopniowo przyzwyczajać do niej, a nawet po pewnym czasie udało mi się przekonać samą siebie, że to będzie dobre rozwiązanie mojego krótkiego, lecz już pełnego bolesnych doświadczeń życia. Doprowadziłam się w tej sposób do stanu rezygnacji, w którym, jak sądziłam, mogłam spokojnie wyjść na przeciw śmierci, lecz w którym życie było koszmarem. 


W takim stanie ducha znalazłam się w pewne letnie, niedzielne przedpołudnie na lagrowej ulicy obok Danusi. Nasza starsza obozowa koleżanka Krystyna Strażyc, opowiadała nam o planach zorganizowania nauczania w obozie, o przygotowywanych już referatach na tematy z różnych dziedzin wiedzy, które pozwolą nam odświeżyć i pogłębić nasze wiadomości, a przede wszystkim oderwać myśli od smutnej rzeczywistości.

Rozmowa nasza trwała krótko, ale była to niezapomniana dla mnie chwila. Do dziś mam przed oczami ogorzałą od słońca twarz Danusi z powagą przysłuchującej się słowom Krystyny. Patrzyłam na nią i czułam, że i ona, tak jak ja, rozumie całą doniosłość tego naprawdę przełomowego momentu w naszym życiu.

Minęło od tej chwili kilkanaście tygodni - każda niedziela, dla większości więźniarek dzień wolny od pracy, była dla nas wypełniona nowymi, lecz jakże pasjonującymi zajęciami. Zaraz po rannym apelu słuchałyśmy w jadalni na bloku 15-tym wykładu prof. Bujalskiej z historii Polski. Trochę później grupa miłośniczek filozofii starożytnej gromadziła się wokół p. Panenkowej, by z jej pomocą odetchnąć atmosferą wiecznotrwałej mądrości helleńskiej. Przed samym obiadem w okolicy bloku 17-tego można było nasłuchać się cudownych opowiadań o dalekich krajach i niezmierzonych głębinach mórz z ust naszego geografa, p. Janiny Peretiatkowicz. Po południu coraz to na innym polskim bloku były urządzane występy recytatorskie i śpiewacze. Nawet i ja, zachęcona przez koleżanki, pokonałam wrodzoną tremę, z namaszczeniem przygotowałam pogadankę na temat: "Muzyka ludowa w utworach polskich kompozytorów" i wygłosiłam ją, półprzytomna z przejęcia, na wieczorze, urządzonym dla Czeszek i Jugosłowianek. W czasie tych niedzielnych pogoni za przeżyciem intelektualnym nieraz spotykałam Danusię. Zawsze zwracała moją uwagę jej ładna, opalona twarzyczka z jasno-niebieskimi, rozumnymi oczami, z długimi włosami, upiętymi w duży węzeł w tyle głowy.


Dokumenty Janiny i Bronisławy Caban.
Archiwum obozu Ravensbrück, Biblioteka Narodowa w Warszawie

Wiedziałam, że pochodzi ze Spały, że jest w obozie razem ze swą rodzoną siostrą, starszą o kilka lat Janką i dwiema ciotecznymi siostrami. Nie słyszałam nic dokładnego na temat powodów ich aresztowania i z Danusią nigdy o tym nie rozmawiałam. Sprawa czterech sióstr była jednak poważna, skoro obejmował je zaraz wysyłanie oficjalnych listów do domu.

Nadszedł wrzesień 1942 roku. Pracowałam od dwóch miesięcy, jak się to wtedy mówiło "na aussen", t.j. wyjeżdżałam w kilkudziesięcioosobowej grupie rano do któregoś z pobliskich gospodarstw rolnych, gdzie kopałyśmy przez cały dzień ziemniaki i wracałyśmy do obozu dopiero wieczorem - naturalnie pod eskortą dozorców z psami i esesmanów.

Pewnego razu znalazłam się w grupie, która wyjeżdżała do pracy w dużym majątku, położonym dość daleko od Ravensbrück. Nie pamiętam już nazwy tej miejscowości, wiem tylko, że trzeba tam było jechać przez trzy, czy cztery przystanki pociągiem, a potem jeszcze kilkanaście minut traktorem. Właściciel tego majątku znany był z tego, że wymagał intensywnej pracy i często zaglądał na pole, gdzie, schylone nad zagonkami, wydobywałyśmy z czarnej ziemi jasno-żółte bulwy i w czasie tych jego wizyt nie można było nawet na chwilę wyprostować się, tylko śpieszyć się, śpieszyć - ale jednocześnie dbał o to, abyśmy w czasie krótkiej przerwy obiadowej otrzymały dużo gęstej, pożywnej zupy. To właśnie było powodem, że praca w tym majątku należała do rzędu najbardziej poszukiwanych w obozie - naturalnie dla młodych i stosunkowo silnych dziewcząt.

Ucieszyłam się, gdy zobaczyłam w kolumnie, maszerującej do przystanku kolejowego jasną główkę Danusi, z zsuniętą trochę do tyłu, wypłowiałą od słońca chusteczką. W czasie przerwy obiadowej siadłam obok niej na skraju drogi polnej i z zapałem zabrałam się do dymiącej miski z kaszą i ziemniakami. Zauważyłam, że Danusia zjadła zaledwie parę łyżek i odstawiła swoją miskę. - "Dlaczego nie jesz?" - spytałam zdziwiona.

- "Nie mogę, nie mam jakoś apetytu, taka jestem zmęczona..." - odpowiedziała i położyła się na trawie, opierając głowę na ręce. Leżała tak cichutko, z zamkniętymi oczami do końca przerwy. "Na pewno dlatego nie je, bo chcę zawieźć zupę Jance, która pracuje wewnątrz obozu i nie ma żadnej dodatkowej żywności" - pomyślałam sobie.

Gdy wieczorem wracałyśmy pociągiem, siedziałam w przedziale naprzeciw niej. Danusia wyciągnęła przed siebie szczupłe ramię i powiedziała: - "Popatrz, jak ja teraz nabrałam ciała - jestem opalona i w ogóle czuję się świetnie! Ach, gdyby mamusia mogła mnie zobaczyć, jakby się ucieszyła!" - nic więcej już nie mówiła, oparła tylko głowę o deski wagonu i zamyślony wzrok utkwiła w dali.


Dokumenty Ireny i Haliny Poborc.
Archiwum obozu Ravensbrück, Biblioteka Narodowa w Warszawie

W tym momencie poczułam jakby wewnętrzne szarpnięcie - jak błyskawica olśniła mnie myśl: "Patrz, patrz na nią i dobrze ją sobie zapamiętaj, bo już niedługo będziesz ją mogła oglądać". Ogarnął mnie jakiś dziwny niepokój. Posłuszna wewnętrznemu nakazowi, patrzyłam na przechyloną w tył główkę Danusi, na oświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego słońca jej jasne włosy, jasne oczy, różowe, lekko rozchylone wargi - i taką ją do dziś mam przed oczami.

Gdy przechodziłyśmy przez bramę obozu było już ciemno. Z zamyślenia wyrwał mnie głos urzędniczki obozowej, która wywoływała czyjś numer. W kolumnie zrobiło się zamieszanie - to Danusia wychodziła z szeregów, usłyszawszy swój numer. Po powrocie na blok dowiedziałam się, że Janka, siostra Danusi i jej dwie cioteczne siostry, Poborówny, są już od kilku godzin w bunkrze. Nie było wątpliwości - nowy transport "w nieznane" przy salwie strzałów karabinowych nie odbył się w tym dniu tylko dlatego, że nie było w obozie jednej z ofiar. Dzięki temu życie czterech sióstr i męka oczekiwania na śmierć zostały przedłużone o całą dobę.

Ostatnią noc spędziła Danusia w swoim bloku pod opiekuńczymi skrzydłami p. Marty Baranowskiej. Siedziała w służbowym pokoju z Kazią Żelazkiewicz, pisała list do matki, który koleżanki zobowiązały się wysłać nieoficjalną drogą, modliła się, prosiła, by mówić jej o Bogu.

Przy porannym apelu dozorczyni wywołała jej numer - Danusia wystąpiła z szeregów i szła za esesmanką szeroką, lagrową ulicą spokojna, uśmiechnięta, raz po raz odwracając się w kierunku, skąd dochodził ją głośniejszy szept: "Danusiu, żegnaj! Danusiu, bądź dzielna!" i kiwała na pożegnanie ręką.

"Na wolność, na wolność idzie..." - mówiły z zazdrością stojące obok mnie Niemki. "Tak, na prawdziwą, na wieczną wolność" - pomyślałam. łzy dławiły mnie...

Napisała: Alina Sebyła-Kabus, więzień obozu koncentracyjnego w Ravensbrück
Nr. 10324.

Zobacz też:

Komentarze


Popularne posty:

Translate