Prawda o Ravensbrück: polskie króliki doświadczalne


Eksperymenty medyczne na Polkach w Ravensbrück

Autorka poniższej pracy, mającej wartość dokumentu, została aresztowana w Lublinie w lutym 1941 roku, wywieziona do Ravensbrück 21 września 1941 roku, przebywała w obozie do momentu wyzwolenia przez Armie Sojusznicze. (Red.)
 
Jako naoczny świadek podaję w krótki zarysie historię operacji dokonywanych w kobiecym obozie koncentracyjnym Ravensbrück. Dnia 24 lipca 1942 roku po wieczornym apelu wezwano przed władze obozowe (Komendant Kogel, zastępca - adiutant Mayer, dyrektorka Mandel) i lekarzy obozowych (Schydlowsy, Rosenthal, Oberhauser - kobieta) - 70 więźniarek politycznych, rekrutujących się z transportu lubelskiego (21.IX.1941 r.) i kilka z warszawskiego (22.IX.1941 r.). Po sprawdzeniu listy imiennej odesłano wezwane do bloków, nie dając absolutnie żadnych wyjaśnień. A kiedy następnego dnia oprócz wymienionych, wezwano również i resztę transportu lubelskiego, sprawdzono personalia i znów bez słowa wyjaśnienia odesłano na bloki, zaniepokojenie i dociekania na temat ich losów zaczęły nurtować umysły nie tylko zainteresowanych, ale i wszystkich Polek, znajdujących się w obozie. Wyjaśnienie nastąpiło po kilku dniach. Jak dowiedziałyśmy się znacznie później, transport lubelski oddano do dyspozycji prof. dr. Gebhardta, dyrektora i naczelnego lekarza w Hohenlychen, jako materiał doświadczalny: miałyśmy więc spełniać rolę królików.

 
 Dnia 1 sierpnia 1942 roku wzięto pierwszą grupę w ilości 6 osób do "rewiru" (ambulatorium obozowe) na operację. Od tego czasu w odstępach parotygodniowych operowano po kilka lub kilkanaście kobiet. Operacje były bardzo ciężkie. W zabiegach zakażeniowych dokonywano głębokich cięć, ciągnących się w wielu wypadkach od kostki aż do kolana. W zabiegach kostnych brano nogi aż po pachwiny w gips i w takich pancerzach chore leżały całymi miesiącami. Rany przy tym ropiały i cuchnęły okropnie. Ból był tak straszny, że nawet niektóre opatrunki musiały być robione pod narkozą. Organizmy, wyniszczone głodem i ciężką dzienną i nocną pracą, z trudem zwalczały zaszczepioną truciznę. Poza potrzebnymi dla doświadczeń zabiegami, opieki żadnej prawie nie było. Chore leżały zamknięte całymi godzinami, zżerane przez wysoką ponad 40 stopni temperaturę, bez kropli wody. Nic więc dziwnego, że w tych warunkach pięć z operowanych zmarło, z których jedna, Weronika Kraska z wyraźnymi oznakami tężca, wszczepionego w czasie operacji.
 
Według orzeczenia prof. Grucy (ordynator kliniki chirurgii urazowej przy szpitalu Dzieciątka Jezus) w czasie ekspertyzy lekarsko-sądowej (wrzesień 1945 r.) w klinice chirurgii urazowej w Warszawie, operowanym wszczepiono między innymi zgorzel gazową. 
 
Maria Kuśmierczuk operowana doświadczalnie. Zdjęcie z października 1944 roku
wykonane nielegalnie przez Joannę Szydłowską na terenie Ravensbrück

Śmierć następowała w strasznych męczarniach, a jęki umierających słychać było w całym rewirze. Wypadków śmiertelnych byłoby bez wątpienia więcej, gdyby nie ofiarna, koleżeńska pomoc. Towarzyszki niedoli, same ledwie trzymając się na nogach po przebytej operacji, opiekowały się ciężej chorymi, spełniając przy nich wszystkie posługi. Wielkie zasługi w podtrzymywaniu ginących sił operowanych oddawały Polki pracujące w kuchni SS-manów, które kosztem zarządu 'lagru' odżywiały chore, jak również 'robotnice' z kolumn wyjazdowych do pracy w polu, dostarczające po kryjomu owoców i świeżych jarzyn. Nie cofały się przed udzielaniem pomocy nawet wobec grożących im bardzo surowych kar. Nie tylko jednak cierpienia fizyczne dawały się we znaki operowanym. Myśl, że służą one jako bezbronne i bezsilne narzędzia zbrodni, że dokonuje się na nich cyniczne pogwałcenie wszystkich praw ludzkich, że traktowane są jak zwierzęta - sprawiały tak wielką moralną udrękę, że dla wielu z nich śmierć byłaby wyzwoleniem. Tym bardziej, że po obozie zaczęły szerzyć się rozpowszechniane przez Niemców pogłoski, że Polki idą na eksperymenty dobrowolnie, za cenę lepszego traktowania lub odżywiania. Krzywdzące te insynuacje znajdowały wiarę wśród typów, dla których miska jedzenia była wszystkim.
 
 Bogumiła Babińska pokazuje swoją okaleczoną nogę. Zdjęcie z października 1944 roku wykonane nielegalnie przez Joannę Szydłowską na terenie Ravensbrück

A operacje powtarzały się: "Coraz nowe ofiary brano pod nóż kata" - jak pisała jedna z poetek obozowych. A one szły. Bo w tym wielkim zbiorowisku ludzkim, jakim był obóz, nie było nikogo, kto by był w stanie zapobiec temu. Mogła być tylko śmierć. Ale śmierć byłaby po myśli oprawców. Należało więc żyć. Żyć dlatego, aby, gdy przyjdzie chwila wyzwolenia, choć parę z nich mogło świadczyć przed światem o zbrodni dokonywanej na człowieku !!!
Wiem, że takie operacje dokonywane były nie tylko w Ravensbrück, ale i w wielu innych obozach niemieckich, ale nie wiem czy wyszedł ktoś żywy z tych potwornych opresji, ktoś kto by mógł dać świadectwo prawdzie.
 
One też miały tak mało widoków ocalenia się. Wbrew przewidywaniom, a nawet pewności niektórych towarzyszek obozowych twierdzących, że operacje chronią od wykonywania wyroków śmierci, w jesieni 1942 roku wzięto spośród operowanych na egzekucje dwie (Maria Pajączkowska i Maria Gnaś), a na wiosnę 1943 roku znów cztery (Zielonkowa Maria, Sobolewska Aniela, Gutek Rozalia, Rakowska Apolonia). A więc nie dość, że wymęczono do granic ludzkiej wytrzymałości, ale w końcu poprowadzono na śmierć 6 naszych towarzyszek, z których najstarsza Apolonia Rakowska z Warszawy miała 53, najmłodsza Rózia Gutkowska z lubelskiego lat 18. To przepełniło miarę cierpliwości grupy skazanych na operację. Postanowiły w razie wezwania nie pójść, bronić się wszelkimi siłami. Gdy więc 8 marca 1943 roku znowuż wezwano kilka "z listy króliczej" do rewiru na badanie i usłyszały one odezwanie się lekarki Oberhauser "to są nowe króliki", wiedziały już wyraźnie, co je czeka i postanowiły nie pójść na operację, zaprotestować zbiorowo. Dyrektorką była Langefeld, raczej życzliwie ustosunkowana do Polek, mimo to jednak były one przekonane, że protest nie odniesie żadnego skutku i przygotowywały się na najgorsze konsekwencje. Nazajutrz wezwane do rewiru nie poszły, tylko z całą grupą dotychczas operowanych udały się wprost do dyrektorki. Ustawione piątkami szły wszystkie operowane - makabryczny pochód kalek z kulami, laskami, niektóre niesione na rękach. Dyrektorka po dłuższym wahaniu w końcu wyszła do nich. Świeżo wezwane na operacje oświadczyły, że są zdrowe i nie chcą podzielić losu swych towarzyszek, które przybywszy do obozu zupełnie zdrowymi, obecnie są kalekami, lub dotkliwie okaleczonymi. Oświadczyły kategorycznie, że na operację dobrowolnie nie pójdą. Wolą raczej śmierć. Dyrektorka odpowiedziała, że o operacjach nic nie wie i mogą spokojnie wracać do bloku.
 
  Barbara Pietrzyk prezentuje okaleczoną nogę. Zdjęcie z października 1944 roku wykonane nielegalnie przez Joannę Szydłowską na terenie Ravensbrück

Nazajutrz operowane wysłały do komendanta obozu pismo treści następującej: "Do Komendanta obozu - więźniarki polityczne operowane (nazwiska) zwracają się do p. Komendanta z zapytaniem, czy jest mu wiadomym, że w obozowym rewirze dokonywane są na politycznych Polkach bez ich zgody operacje doświadczalne, które powodują ciężkie okaleczenia ciała. Dotychczas operowano 71 politycznych Polek, z tego pięć w rewirze zmarło (Kraska Weronika lat 32, Prusówna Alfreda lat 21, Kielcowa Zofia lat 33, Kurowska Kazimiera lat 22 i Lefanowicz Aniela lat 42). Na zapytanie operowanych dlaczego są na nich dokonywane tego rodzaju operacje, asystent dr. Gebhardts, dr. Fisher odpowiedział, że wszelkich informacji udzielą miejscowi lekarze. Informacji tych dotąd nie otrzymałyśmy. Chciałybyśmy wiedzieć, czy operacje te są przewidziane przez nasze wyroki, których treści nie znamy. Zwracamy się z prośbą o udzielenie nam posłuchania, lub odpowiedzi. - Podpisy".
Pismo doręczono, lecz odpowiedzi na nie - nie otrzymano. Natomiast jakby na ironię, znowu wezwano pięć już dawniej operowanych. Z tych jednej udało się uśpić czujność rewirowej "opieki" i wrócić na blok, pozostałe cztery zoperowano powtórnie.
W operacjach nastąpiła paromiesięczna przerwa. 15-ego sierpnia 1943 roku zawezwano ponownie 10, a w tej liczbie znowu 5 dawniej operowanych. Cały blok zamieszkały tylko przez Polki polityczne, zaprotestował postawą, solidaryzującą się z wezwanymi przeciwko wydaniu ich w ręce Gebhardta. Skutek był do przewidzenia. Oporne zaciągnięto gwałtem do bunkra (więzienie na terenie obozu). Tam też, nie w rewirze, jako karę, na pięciu z nich dokonano operacji w warunkach urągających wszelkim zasadom higieny i aseptyki. W brudnych sukienkach, na nieumytych nogach. Po operacji pozostawiono je przez prawie dwa tygodnie w bunkrze bez żadnej opieki lekarskiej. Pielęgnowane przez jedną z pozostałych pięciu, dawniej operowaną.
To, że pięć zoperowanych dnia 16 sierpnia 1943 roku mimo bardzo ciężkich zabiegów na obydwu nogach uniknęło śmierci, jest wypadkiem zaiste cudownym. Blok solidaryzujący się z operowanymi ukarano trzydniowym, szczelnym (okiennice) zamknięciem bez powietrza, światła i jedzenia, a były to upalne sierpniowe dni. Protesty te jednak zrobiły swoje. Cały obóz bez względu na narodowości poruszony został głęboko. Wiadomości o tym przedostały się nawet za mury i dotarły do kraju.

https://www.proszynski.pl/Kroliki_z_Ravensbr%C3%BCck-p-36385-1-30-.html
Zapowiedź wydawnicza: "Króliki z Ravensbrück", premiera: 14.01.2020

16 sierpnia 1943 roku były ostatnie operacje doświadczalne dokonywane na Polkach w obozie Ravensbrück. 74 kobiety, z tych wiele parokrotnie, poddane zostały doświadczeniom. Na skutek zarządzenia władz obozowych zgrupowane one zostały razem na jednym bloku. Nie zmuszano ich do ciężkiej pracy, posiadały lepsze warunki egzystencji (oddzielne łóżka, prześcieradła). Co było powodem lżejszego kursu w stosunku do operowanych - nie wiadomo. Możliwe, że zachowywano je jako materiał doświadczalny na późniejsze czasy, bo przecież trudno jest kłaść to na karb jakiegoś gwałtownie rozbudzonego poczucia humanitaryzmu. Zresztą wszelkie pod tym względem złudzenia rozwiał 4.II.1945 roku. Tego dnia przysłano na blok 32, zamieszkały między innymi przez "króliki", listę imienną ich wszystkich z poleceniem, że nie wolno im opuszczać bloku. Wiedziały one co to znaczy - egzekucja. Ale koniec wojny zbliżał się. Wyzwolenie zdawało się niedalekie. Ginąć bez oporu w takiej chwili?


Postanowiły więc bronić się, grać na zwłokę, bo przecież w tym okresie sytuacja wojenna była taka, że każdy tydzień, dzień nawet, mógł być decydującym. Wszystkie prawie Polki, a wiele również cudzoziemek zmobilizowały się w celu niesienia im pomocy. Szanse zwycięstwa zwiększał fakt, że w obozie w tym czasie zaczął się nieznany dotąd chaos i rozprężenie. Władze obozowe nie były w stanie już opanować go. Widocznym było, że myślą raczej o ocaleniu własnych głów, wobec nadchodzącej dziejowej chwili odwetu. To, co było nie do pomyślenia jeszcze parę miesięcy temu - teraz było możliwym do wykonania.
Mimo to walka była trudna. Gdyby nie pomoc towarzyszek niedoli, z których niejedna narażała własne życie, aby ocalić "króliki", sprawa łatwo mogłaby być przegrana. 18-cie z operowanych potajemnie opuściło Ravensbrück, udając się z transportami ewakuacyjnymi, pod obcymi nazwiskami i numerami (osób nieżyjących) do innych obozów, gdzie przeżyły paromiesięczną gehennę niepokoju, potwornego brudu i głodu.
Pozostałe ukrywały się na terenie obozu. Pochowane na rozmaitych blokach, w rozmaitych dziurach i skrytkach, prowadząc za pośrednictwem dwóch wydelegowanych spośród siebie dzielnych towarzyszek pertraktacje z zarządem obozu - wiodły życie szczutych, tropionych przez psy zwierząt.

Kadr z filmu "Eine Gefangene bei Stalin und Hitler", 1968

A koniec wojny, tak zda się na początku lutego 1945 roku bliski, oddalał się. Upływały już nie dni i tygodnie, ale miesiące całe od chwili, w której grupa bezbronnych kobiet, zamkniętych za wysokimi murami i drutami obozowymi, rzuciła wyzwanie swoim ciemiężcom. Rozpoczęła  walkę o życie - walkę jakże nierówną. Z jednej strony umundurowani oprawcy i karabiny maszynowe, którymi jakże często im grożono, z drugiej kilkadziesiąt kobiet - mających jedyne oparcie i obronę w szeregach milczących na razie, lecz zdecydowanych na wszystko, towarzyszek i w poczuciu swej głębokiej moralnej przewagi, że walczą o sprawiedliwość i prawdę. Wreszcie na skutek sytuacji wojennej mogły dnia 28 kwietnia 1945 roku podczas całkowitej ewakuacji obozu, opuścić szczęśliwie dotychczasowe miejsce męczarni.

Tekst: Jadwiga Wilczańska

"Dziś i Jutro" Katolicki Tygodnik Społeczny
Warszawa, 2 grudnia 1945, nr 2

Źródło: Biblioteka Główna Województwa
Mazowieckiego "Koszykowa", Warszawa


Zobacz też:

Komentarze

Popularne posty:

Translate