Zabawa w berka z nadzorczynią na Majdanku?

We wrześniu 2020 roku nakładem Państwowego Muzeum na Majdanku, Muzeum Niepodległości w Warszawie oraz Muzeum Więzienia Pawiak ukazała się bardzo ciekawa publikacja: dziennik 16-letniej Jadwigi Ankiewicz pisany na... Majdanku! To niezwykły dokument, jego autorka opisywała na bieżąco wydarzenia ze swojego życia od momentu aresztowania, pobytu w więzieniu Pawiak aż do wywiezienia do obozu koncentracyjnego. Jadwiga Ankiewicz mieszkała w Warszawie i przed wojną była uczennicą Publicznej Szkoły Powszechnej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego. Po wybuchu wojny zaangażowała się w działalność Szarych Szeregów czyli tzw. "mały sabotaż". Jednak jej aresztowanie było całkowicie przypadkowe: została wzięta do niewoli w trakcie jednej z ulicznych łapanek, jakie od czasu do czasu przeprowadzali Niemcy w Warszawie. Do aresztu trafiali całkowicie przypadkowi ludzie, cywile. Za nic. W danym momencie żołnierze otaczali wybrany rejon ulic i zabierali do ciężarówek każdego, kogo napotkali po drodze. W takiej właśnie łapance w dniu 15 stycznia 1943 roku została aresztowana Jadwiga Ankiewicz. 


Polecam zakupienie tej książki - nie jest to bardzo obszerna publikacja, można ją przeczytać w jeden dzień. Ja natomiast zwróciłam uwagę na to, jak 16-latka zapamiętała i opisała nadzorczynie z Majdanka. Niestety nie znała większości ich nazwisk, więc tylko można się domyślać o którą strażniczkę chodzi. W niektórych miejscach są przypisy redakcji podające prawdziwe nazwisko nadzorczyni. Kilka zdań wzbudziło moje zdziwienie, a wzmianka o zabawie w berka z młodą nadzorczynią wywołała uśmiech na mojej twarzy. Czy taka sytuacja w ogóle mogła mieć miejsce? 

Pierwsza wzmianka o nadzorczyniach pojawiła się w dzienniku już pierwszego dnia po przyjeździe do obozu, 17.01.1943: "Stanęłyśmy, słychać było jeszcze [przez] chwilę chrzęst kroków po śniegu w ostatnich szeregach, a po chwili wszystko umilkło. Rewizja. Dokonywały jej zakapturzone, energiczne, o zdrowych kolorach Niemki. Czego u licha szukają u ludzi przywiezionych z Pawiaka?". Jadwiga dziwiła się rewizji, jednak chyba nie była do końca świadoma tego, co ludzie przemycali ze sobą jadąc w transport z więzienia do obozu... i gdzie to próbowali ukryć. 

Kolejny wpis dotyczący nadzorczyni pojawia się następnego dnia. Jadwiga zwróciła uwagę na ładny wygląd nadzorczyni liczącej więźniarki. Bardzo często nowe więźniarki, zwłaszcza młode, błędnie sądziły, że będą mogły nawet... zaprzyjaźnić się z personelem strażniczym. Że te Niemki miały im pomagać i o nie dbać - jak bardzo były w błędzie! Czytamy więc: "Zbiórka na dworze. Nasza Niemka jest niskiego wzrostu, ale jak na Niemkę dość zgrabna, [ma] ładne niebieskie oczy, zdrową cerę i jest nadzwyczaj energiczna". 



Kolejny wpis również jest zastanawiający. Scena w trakcie porannego apelu: "Stoimy już pół godz., a Niemki jeszcze nie ma. Już 45 min. i jeszcze nie ma. Nogi zmarzły mi już okropnie. Wreszcie zjawia się w ciepłych wojłokowych kapcach i w kapturze na głowie. Z daleka kiwa nam ręką, że możemy wejść do baraku, nie może podejść bliżej, bo musiałaby wejść w błoto i zabrudzić te swoje piękne buty". Poranne apele były traktowane bardzo poważnie przez nadzorczynie, więc tutaj zdziwiła mnie taka pobłażliwość względem więźniarek. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca - że więźniarki nie zostały policzone. 

Chyba miałam rację pisząc o niewłaściwej postawie nadzorczyni, bo już kolejny wpis w dzienniku Jadwigi wskazuje na to, że poprzednia strażniczka została zwolniona z pracy lub przeniesiona. Na jej miejsce przyszła inna nadzorczyni, która pokazała całkiem inny stosunek do więźniarek na kwarantannie: "Nasza Niemka nie przychodzi od kilku dni. Na jej miejscu jest jakaś nowa , taka cholera, że trudno z nią wytrzymać. Rano w czasie apelu wpadła do baraku jak bomba i zaczęła się drzeć, że stanowczo za dużo mamy chorych i tu nie miejsce, żeby się wylegiwać (symulantek było rzeczywiście bardzo dużo). Większość wypędziła na dwór, za karę kazała nam po apelu stać jeszcze godzinę". 

Także na Majdanku zdarzały się ludzkie odruchy u załogi SS. Inna nadzorczyni odbierająca apel w baraku Jadwigi została zapamiętana, gdyż próbowała pocieszać więźniarki: "Na rannym apelu  była znów inna Niemka. Z przeliczaniem załatwiła się bardzo szybko i weszła z nami do baraku. Rozmawiała z nami i pocieszała, że niedługo nas zwolnią. Wychodziła, żegnana przyjaznymi spojrzeniami". W tym przypadku nadzorczyni złamała regulamin, gdyż jakakolwiek prywatna rozmowa z więźniarkami była zabroniona. Mimo to, więźniarki dobrze zapamiętywały każdy przyjazny gest ze strony oprawców. Dzień później, w dzienniku Jadwigi pojawia się ciąg dalszy historii z "dobrą Niemką". Jeszcze bardziej zaskakujący: "Po śniadaniu znów była ta dobra, czarna Niemka. Siedziała z nami koło pieca, nas młodych, pytała się, czy przed złapaniem uczyłyśmy się, czy pracowałyśmy. Potem powiedziała nam , żebyśmy się nie martwiły, żebyśmy tylko były cierpliwe, a na pewno niedługo będziemy w domu. Ona także tęskni już za domem i chciałaby , żeby się to jak najprędzej skończyło. Z pewnym wahaniem wyjęła z portfela fotografię małego ślicznego chłopczyka. Pochyliła głowę, szepnęła: 'mein Sohn' i ukradkiem wytarła oczy. Zaraz też podniosła się, pożegnała i wyszła. Zastanawiam się, dlaczego jest ona tutaj, kiedy ma takie małe dziecko". Zdaje się, że to była chwila słabości u tej nadzorczyni. Wiele nadzorczyń zostawiało swoje małe dzieci u rodziców na wychowanie, a same wyjeżdżały pracować "na Wschód" - pełnić służbę. I teraz taka mała dygresja w temacie...

Byłam niedawno na wakacjach w Egipcie. I tam, siedząc przy plaży ze znajomymi, sącząc drinki i śmiejąc się, zauważyliśmy, że podeszła do nas dziewczyna-animatorka, która pracowała w hotelu, głównie zabawiając małe dzieci. Jako, że nasza grupa znała język angielski, po krótkiej wymianie zdań, ta kobieta wyjęła telefon i pokazała nam zdjęcie swojego dwuletniego syna, który został w Kairze z babcią. Ona go widuje raz na dwa miesiące, kiedy może na kilka dni pojechać do domu oddalonego od Marsa Alam o kilkaset kilometrów... W jej oczach też stanęły błyskawicznie łzy. Zrobiło się nam przykro i pocieszaliśmy ją, że jest świetną matką i chce zapewnić dziecku przyszłość. Co innego mogliśmy jej powiedzieć? Sytuacja tak bardzo podobna do tej z dziennika Jadwigi - te same uczucia targały tymi dwoma kobietami zmuszonymi przez los do pracy z dala od domu! 



Ale wróćmy do "Dziennika" bo oto w relacji pojawia się komendantka obozu kobiecego czyli Elsa Ehrich - tylko ona była kierowniczką przez cały okres funkcjonowania obozu, więc przynajmniej tutaj wiadomo, o kogo chodzi: "Dzisiaj po apelu przyleciała Niemka komendantka i urządziła  taki bałagan, jakiego już dawno nie było. Wpadła do baraku i powypędzała wszystkie pejczą na dwór. Podłogę, niewyschniętą jeszcze od sobotniego szorowania, kazała szorować od początku, potem drzwi, stoły i stoliki itd.".  Co tu komentować, cała Ehrich! 

Kolejne wspomnienie z apelu i tutaj Jadwiga zapamiętała ksywkę nadzorczyni: "Dzień jest mroźny, słoneczny. Na ranny apel przyszła Niemka, którą pawiaczki nazywają 'Słoneczko'. Dopiero po niej widać, że dziś niedziela. Mundur odprasowany w kanty, śnieżnobiała bluzka, włosy ułożone w fale. Uśmiechnęła się i powiedziała, że możemy już wejść, bo pewnie już zmarzłyśmy. Pomimo że była dla nas bardzo dobra, poczułam do niej w tej chwili niewytłumaczoną złość. Najbardziej zazdrościłam jej tej białej bluzki. Jeżeli wrócę do domu i kiedyś, może po wojnie, będę miała dużo pieniędzy, to będę zawsze kupowała sobie tylko białe bluzki". Ten fragment jest bardzo ważny, Wiele mówi o sytuacji więźniarek, które ograbione ze wszystkich swoich rzeczy i z prywatnych ubrań marzyły, aby móc znowu ubrać normalne, cywilne ubrania. Biała bluzka nadzorczyni stała się symbolem i marzeniem, którego uchwyciła się nastoletnia Jadwiga. Więźniarki bardzo często zazdrościły nadzorczyniom ich eleganckich i ciepłych uniformów - był to jeszcze jeden sposób załogi SS na upodlenie więźniów i pokazanie im, że ich wartość jest znikoma.  

Po przeniesieniu Jadwigi wraz z innymi więźniarkami do komanda pracującego w pralni, pojawia się postać nadzorczyni Hermine Böttcher: "Wychodzimy, przed barakiem ustawiamy się w piątki, czekamy na Niemkę. Nowa niespodzianka - z praczkami jest ta dobra, mała Niemka 'Perełka'". Kilka dni później Jadwiga pisze znów z wdzięcznością o nadzorczyni Böttcher: "Chodzimy głodne i złe. (...) Poza tym mamy dwa albo trzy razy dziennie apele i wcale się nie wysypiamy i nie wiem, co to by było, gdyby nie nasza 'Perełka', która udaje, że nie widzi nas, kiedy ulatniamy się z pralni i posypiamy po kabinach". 

W "Dzienniku" pojawiła się też wzmianka o jednej z najokrutniejszych nadzorczyń z Majdanka, Hildegard Lächert, zwaną "Krwawą Brygidą" lub po prostu "Brygidą". 5 kwietnia 1943 roku Jadwiga napisała: "Po powrocie z pracy zastałyśmy barak przewrócony do góry nogami. nasze prycze stojące obok drzwi znalazły się gdzieś w jednym kącie, siennik w drugim, podłoga cała zasypana słomą. Nie dziwimy się, gdy nam mówią, że była Brygida, ale wpadamy w czarną rozpacz, kiedy dowiadujemy się, że od jutra każdy blok dostaje nową auserin - Niemkę i nam właśnie przypadła Brygida. (Właściwie nic jeszcze o niej nie wspominałam. Kobieta ta ma bardzo gorący temperament, który zwykle wyładowuje na nas. Gdy wpadnie w złość, marny twój los, majdaniaro, gdy nawiniesz się jej pod rękę)".

I dalszy wpis na temat Brygidy, dzień później: "Brygida była u nas tylko na apelu, a do baraku zajrzała tylko na moment. Zdążyła jednak zauważyć, że łóżka posłane okropnie i w ogóle wszystko do niczego. Poza tym, żeby żadna nie ważyła [się] upinać sobie jakoś włosów. Każda musi być uczesana gładko z zawiązaną na głowie chusteczką". Tutaj ewidentnie Lächert nawiązała do tego, czego nauczyła się w Ravensbrück z regulaminu czyli właśnie sposób uczesania u więźniarek, na który nadzorczynie zwracały bardzo uwagę. Za niestosowną fryzurę więźniarka mogła otrzymać meldunek karny lub doraźne bicie.  



Jak się okazało, więźniarki pracujące w pralni znowu otrzymały nową nadzorczynię, nie Brygidę, czemu Jadwiga dała wyraz swojej radości notując: "Hurra! Na darmo ostrzyła sobie na nas Brygida pazurki. Zmienili nam znowu auserin. Od dziś będzie Rosemarie. Rosemarie nie jest wprawdzie taka jak 'Perełka', ale bez porównania lepsza od Brygidy, a więc 'wiwat Rosemarie!'. Powitałyśmy ją szczerą radością. Widocznie to jej pochlebiało, bo raczyła powiedzieć, że i ona jest z nas bardzo zadowolona". Trochę mogłoby się wydawać, że nadzorczynie na Majdanku wcale nie były aż tak złe i okrutne. Jednak trzeba pamiętać, że jest to relacja nastolatki, która inaczej odbierała obóz niż dorosłe więźniarki. Zresztą młodociane więźniarki też były inaczej traktowane przez załogę SS niż dorosłe więźniarki. Z pewnością te relacje więźniarki-nadzorczynie nie wyglądały niczym relacje na pensji dla dziewcząt. Ale... 

Ale na niemal samym końcu dziennika pojawia się relacja o nadzorczyni Anni Scharbert. I to właśnie ona, jak wspomina Jadwiga, czasami bawiła się z więźniarkami z pralni w berka: "Dziś niestety było udziwnienie tego drugiego rodzaju. Mianowicie, w pralni zastałyśmy inną auserin. Jaka będzie nowa Niemka? W każdym razie powierzchowność jej nie zapowiada nic dobrego. Typ czysto męski, włosy obcięte na chłopczycę, chodzi zawsze w samym mundurku. Jeszcze jedno, przed kilku dniami była ona w Oświęcimiu". Szczerze, nie za bardzo znam postać nadzorczyni Scharbert... Nie kojarzę jej, nie wiem kim była. Została przeszkolona w Ravensbrück i wysłana na Majdanek. Jak się domyślam, była dość młodą i naiwną nadzorczynią, która powierzchownie traktowała służbę. A zabawa w berka z podległymi sobie więźniarkami jest tego najlepszym dowodem: "Dziś przekonałyśmy się, że słuszne jest przysłowie 'nie taki diabeł straszny, jak go malują'. Nasza nowa Niemka wcale nie jest tak zła, na jaką wyglądała. Nazywa się Anni i jak wpadnie w dobry humor, to bawi się z nami na polu w berka i gada fajne kawały". Koleżanka normalnie. Tylko pozazdrościć takiej nadzorczyni! Niekiedy strażniczki zapominały, gdzie są i po co są w obozie. Wychodziły na chwilę ze swojej roli oprawcy. Bawiły się z psami służbowymi, pozwalały na ich głaskanie przez więźniów lub... ganiały po polu bawiąc się w berka z młodszymi więźniarkami. Może to też był sposób na odreagowanie tego, co się wokół nich działo? 

*

Jeszcze raz polecam Wam kupienie książki z zapiskami Jadwigi Ankiewicz! Nie będę zdradzać, jak zakończyła się jej opowieść - sprawdźcie sami! Książkę można nabyć w oficjalnym sklepie internetowym Państwowego Muzeum na Majdanku, link poniżej.

Zdjęcia wykonałam w październiku 2018 roku w czasie szkolenia dla nauczycieli "Opowiedzcie o nas, bezimiennych..." dotyczącego pozaszkolnej edukacji historycznej w poobozowych miejscach pamięci i zorganizowanego przez Muzeum na Majdanku. 


Zobacz też:


Komentarze

  1. Wow, takiej historii to się nie spodziewałam. Ciekawe ile było więcej takich sytuacji z udziałem nadzorczyń

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze… też się nie spodziewałam przeczytać taką relację. Nie umiem nawet wyjaśnić tak skandalicznego zachowania nadzorczyni, spoufalającej się z więźniarkami.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty:

Translate