
Odpowiedzialność kata
Zbieram materiały do "Załącznika B" mojej książki o życiu i śmierci Irmy Grese, a przy okazji natrafiam na różne ciekawy dokumenty i historie. Archiwum niemieckiego dziennika "DEWEZET" regularnie dostarcza mi nowych informacji, z którymi chcę dzielić się na blogu. Kilka dni temu natrafiłam na artykuł opisujący publikację książki Jensa Rosteck pt. "Den Kopf hinhalten", która miała swoją premierę w 2021 roku, a więc cztery lata temu. Może nie jest to najnowsza informacja, ale trudno jest mi na bieżąco śledzić wszystkie nowości wydawnicze w Niemczech. Niemniej jednak chciałabym zaznaczyć, że książka "Den Kopf hinhalten" warta jest uwagi, gdyż fabuła tej powieści dotyczy biografii... Alberta Pierrepointa.
"Na płycie lotniska czeka na niego jeep, bo Beaufort znów podróżuje jako Bardzo Ważna osoba, po dawnej wrogiej ziemi. Ruperta wita major; pada ulewny deszcz. Obaj są natychmiast gotowi do dalszej podróży. 'Do Hamelin, proszę pana. Niemcy mówią Hameln'. Z długim 'a' i bez 'i'. Wymawia to w myślach, ćwiczy. Dwie sylaby, które zmieniają jego życie. Dwie sylaby: jego los. Rozmowa z majorem jest oczywiście niemożliwa; burza jest zbyt głośna, a hałas z ich pojazdu zbyt wielki. Jeep widział lepsze czasy; dawna wiejska droga jest usiana dziurami".

"Jeep z piskiem opon zatrzymuje się przed dużym, słabo oświetlonym kompleksem budynków nad brzegiem rzeki. Wita go delegacja, wymieniane są saluty. W tle widać most. Wznosi się tam również duże wzgórze, prawdopodobnie lokalna góra miasteczka, której Rupert nie widział w czasie przejazdu. Dwie duże wieże kościelne, na wpół zniszczone spichlerze, młyny przemysłowe, kilka długich uliczek obramowanych starymi, przysadzistymi domami z muru pruskiego. Nic więcej. Puste sklepy, nagie fasady, wypatroszone witryny sklepowe. Nigdzie śladu skromnego dobrobytu. Przynajmniej wydaje się, że miasto uniknęło poważnych ataków. Tylko tutaj, gdzie w końcu pozwolono mu wysiąść, o tej późnej porze wciąż jest wielu umundurowanych mężczyzn, wszyscy są Brytyjczykami. Uprzejmi, kulturalni urzędnicy i oficerowie. Oddający mu hołd".
Autor książki, Jens Rosteck urodził się i mieszkał w Hameln. Nic więc dziwnego, że zainspirowała go historia więzienia oraz egzekucji, które były tam przeprowadzane od 1945 do 1949 roku. W jednym z artykułów "DEWEZET" można przeczytać: "Jego książka podejmuje pytanie: 'Co popycha porządnego młodego człowieka do zabijania setek ludzi przez ćwierć wieku w imieniu władzy zwierzchniej?' Rupert Beaufort nie jest seryjnym mordercą działającym kompulsywnie, nie jest bezwzględnym mordercą ani aniołem zemsty, lecz promowanym najlepszym katem brytyjskiego systemu sprawiedliwości, prowadził przestępców na śmierć z dystansem i opanowaniem. W tej opowieści autor opowiada historie dwóch mężczyzn, którzy nie mogliby być bardziej różni, a także portretuje ich żony. Jednocześnie problematyzuje moralne podstawy społeczeństwa, które orzekając karę śmierci, mianuje się sędzią wartości i bezwartościowości ludzkiego życia. Czyni to, obarczając odpowiedzialnością za szokujący akt zabójstwa jedną osobę" głównego kata. Chętnie staje się on wiarygodnym przedstawicielem kraju, w którym brudny proceder wieszania spoczywa w rękach człowieka zadufanego w sobie" (DEWEZET, 4.9.2021).
"Na fasadzie prostokątnego budynku widnieje napis 'Hameln Prison'. Następnego dnia O'Sullivan wyjaśni mu, że jest to lokalny zakład karny, który brytyjski wojskowy wymiar sprawiedliwości w trybie doraźnym przekształcił w więzienie o zaostrzonym rygorze dla zbrodniarzy wojennych. Zbrodniarzy wojennych, którzy przybyli tu z innych części kraju, aby odbyć wyroki i oczekiwać na egzekucję. Zbrodniarzy wojennych, którzy byli sądzeni gdzie indziej, a następnie przeniesieni do Hameln".
DEWEZET, 20.3.2021
Przy okazji omawiania tej książki, trzeba wyjaśnić kilka kwestii. Jest to powieść, a więc bohaterowie są inspirowani autentycznymi postaciami żyjącymi w przeszłości. Mimo to, żadna z osób pojawiających się na kartach tej książki nie ma swojego prawdziwego imienia i nazwiska. Albert Pierrepoint to książkowy Rupert Beaufort, natomiast Irma Grese funkcjonuje jako Hedwig Pötzing. Kupiłam wersję ebook za 5,96 dolarów, dzięki czemu mogłam przeczytać fragmenty książki, aby stwierdzić, że zostały w niej także opisane wydarzenia z więzienia Hameln z grudnia 1945 roku...
"Teraz, tutaj w Hameln, to na nim spoczywa obowiązek odpokutowania za zmarłych. Na nim i nikim innym. Ma ukarać występki popełnione wobec dziesiątek tysięcy Żydów, homoseksualistów, więźniów politycznych, osób chorych psychicznie, bojowników ruchu oporu, robotników przymusowych, Romów. Ma przeciwstawić się gigantycznemu terrorowi karą śmierci, jakkolwiek nieadekwatną. W opinii zdecydowanej większości ówczesnych oświeconych ludzi, sprawcy i ich poplecznicy utracili prawo do dalszego życia, a ustanowienie nowego prawa należy do Ruperta. S ad wojskowy, któremu przewodniczyli nasi ludzie, wydał wyroki. Wszystkie wyroki śmierci ogłoszono zaledwie cztery tygodnie temu, w sali gimnastycznej. W sumie jedenaście. I dwa kolejne. W sumie trzynaście. Nie będzie ułaskawienia. I żadnej litości, myśli Rupert".
Mam mieszane odczucia, co do tej książki. W czasach sztucznej inteligencji, kiedy historia jest przekształcana i przeinaczana, wydawanie książki-powieści, która opiera się na faktycznej historii osób oraz miejsc, jednocześnie zmienia imiona i nazwiska bohaterów - nie jest w pełni słusznym kierunkiem literackim. Albert Pierrepoint napisał w 1974 roku swoją własną autobiografię pt. "Executioner: Pierrepoint". Opisał wszystko ze szczegółami - z perspektywy pierwszej osoby, jako naocznego świadka. I teraz pytanie: czy jest sens przepisywanie jego książki, zmieniając jednocześnie dane personalne bohaterów, pisząc w trzeciej osobie o tych samych wydarzeniach? Każdy wie, że Albert Pierrepoint był Albertem Pierrepointem, a Irma Grese była Irmą Grese i każdy też wie, jak skończyło się spotkanie tych dwóch osób na szubienicznej zapadni w Hameln.
"Rupert powinien czuć się zaszczycony. Ale spędza niespokojną noc, nie może od razu zasnąć, przewraca się z boku na bok. Czuje łaskotanie w gardle i budzi się z zatkanym nosem. Bolą go mięśnie, czuje się kompletnie wyczerpany - być może przeziębił się podczas długiej jazdy jeepem w deszczu. A może to przez nerwy... Czekające go zadanie przysparza mu więcej bólu głowy, niż jest skłonny przyznać.
Następnego ranka Patrick i on ponownie przeszli przez długie korytarze. Tym razem spojrzeli prosto na więźniów wpatrujących się w nich przez kraty cel. Otwarcie, a nie po kryjomu. Tym razem nie było dla nich osłony w postaci 'judaszy'; sami musieli stawić czoła spojrzeniom tych nędznych i żałosnych skazańców.
Można by pomyśleć, że to naprawdę niezwykła izba grozy. Uosobienie zła. Ludzie bez żadnych szczególnych cech. Ludzie tacy jak ty i ja. O'Sullivan po raz drugi wymienia ich nazwiska. Szorstkie, nic nieznaczące nazwiska. Nazwiska przeciętnych Niemców, którzy znęcali się nad więźniami i, gdy tylko najdzie ich na to ochota, dawali się wciągać w niewypowiedzialne zbrodnie przeciwko ludzkości. Przez reżim, który dał im wolną rękę w torturach i dręczeniu".
Po co więc zmieniać imiona i nazwiska bohaterów, skoro wiadomo, kto był pierwowzorem tych postaci i sam autor nawet tego nie ukrywa? Czy wydawnictwo nie zgodziło się na podawanie prawdziwych imion i nazwisk niemieckich zbrodniarzy, aby nie wywołać niepotrzebnej dyskusji? Ale jeśli zmieni się dane osobowe - ta sama historia już tak bardzo nie będzie razić i szokować, prawda? Takie są moje odczucia: książka jest bezpieczna politycznie i historycznie. Wydając powieść (a nie publikację naukową) w Niemczech, w której opisywana jest egzekucja niemieckich zbrodniarzy z użyciem ich własnych nazwisk, z pewnością wywołałoby to ostre reakcje społeczeństwa - ten temat nawet po upływie 80 lat - wciąż jest kontrowersyjny. Żadne niemieckie wydawnictwo nie ryzykowałoby swoją renomą.
"Teraz niekończące się znęcanie dobiegło końca; teraz oni sami są więźniami. Przyparci do muru, drżący i jęczący ze śmiertelnego strachu, nawet jeśli nie chcą tego okazać. A Rupert próbuje wyobrazić sobie, jak ich byli więźniowie drżeli i jęczeli przed nimi, błagając o litość. Nie potrafi. Rupert milczy, wiedząc, że to nie reprymenda ani nawet nagana, a prawdopodobnie gorzka prawda. Sam jest małomówny, nie ma ochoty na błahe pogawędki. Przełknął też spontaniczną skargę, którą pierwotnie chciał złożyć - że na dziedzińcu więzienia kopano świeże groby z ogromnym hałasem łopat, co oznaczało niepotrzebne akustyczne katusze dla skazanych.
Choć mógł oszczędzić skazanym na śmierć sprawcom i ich niewątpliwie bujnej wyobraźni tego hałaśliwego skrobania, kopania i odgarniania, tego niekończącego się drapania i stukotu, prosi o czas do namysłu, wycofuje się na godzinę i około drugiej przedstawi plan dokładnej procedury wieszania. Opuszcza lunch. Najpierw musi oswoić się z myślą o wyeliminowaniu więcej niż dwóch nieszczęśników jednego dnia, po raz pierwszy w swojej karierze. I upewnić się, że nie popełni najmniejszego błędu".
Z drugiej strony wiadomo też, że ludzie wolą sięgnąć po powieść niż czytać dokumenty archiwalne na ten sam temat. Książka jest łatwo dostępna - idzie się do księgarni lub klika w Internecie i już można czytać. Inaczej wygląda praca z tekstem archiwalnym, który trzeba odnaleźć po sygnaturze, zamówić jego kopię, zapłacić za nią i czekać kilka tygodni aż plik będzie dostępny do pobrania. Po doświadczeniach ostatniego roku, kiedy zbierałam dokumenty procesowe i egzekucyjne Irmy Grese, źle czyta mi się tego typu powieści nawiązujące do dramatycznych wydarzeń zza murów więzienia w Hameln. Obraz w takiej powieści zawsze jest nieco przekształcony i trochę "wygładzony" według kryteriów autora.
Moje przemyślenia po pracy badawczej są takie: zawsze należy sprawdzać każdą informację z przeszłości w dostępnych archiwach i pokazywać prawdę poprzez rzetelne dokumenty. Egzekucje sądowe wykonywane w murach więzienia w Hameln są właśnie takim przykładem zatajania i przeinaczania historii przez dziesięciolecia. Trudno jest dzisiaj wyobrazić sobie, jak wyglądały tamte egzekucje i co naprawdę czuły osoby skazane na śmierć oraz sam kat, dla którego wieloosobowe egzekucje były bardzo odpowiedzialnym zadaniem, ale także bardzo stresującym i Albert Pierrepoint napisał o tym otwarcie w swojej autobiografii.
"Najpierw kobiety, potem mężczyźni. To jego pierwsza decyzja. Kobiety indywidualnie, a potem mężczyźni w parach. Z troski o więźniarki, aby przynajmniej one, jedynie powierzchownie osłonięte cienkimi ścianami cel, nie były dodatkowo dręczone stłumionymi odgłosami ich spadającymi poplecznikami, zaledwie kilka metrów dalej. Aby upadek ich byłych kolegów i obecnych współwięźniów nie doprowadził ich do całkowitego obłędu jeszcze przed własną egzekucją. Aby nie musiały czekać zbyt długo, aby cała operacja zakończyła się jak najszybciej. 'Znowu za dużo wrażliwości' - skarży się obecny lekarz więzienny - 'to nie są damy!'. Mężczyźni natomiast, jak postanawia Rupert, muszą po prostu znosić bolesne oczekiwanie i tortury akustyczne. A także fakt, że nie są zabijani pojedynczo, lecz parami".
"Debiutancka powieść Rostecka: profil psychologiczny kata" - brzmi nagłówek z dziennika DEWEZET z 30 marca 2021 roku. "Czy kiedykolwiek wyobrażałeś sobie, jak to jest być katem? W przeciwieństwie do wielu innych krajów na świecie, zwłaszcza Chin, w Niemczech, biorąc pod uwagę zniesienie i potępienie kary śmierci, jest to raczej absurdalne pojęcie. Mieć prawo zabijać bez mrugnięcia okiem - a jednocześnie pragnąc w zamian uczucia.
"Cele, jak natychmiast okazało się w czasie inspekcji, są zbyt małe i zbyt wąskie, aby umożliwić wyprowadzenie skazańców pojedynczo i eskortowanie ich na szafot, jak to zazwyczaj bywa. Tutaj będą musieli zostać wezwani i skuci na korytarzu. Pojedyncza, niezwykle szeroka szubienica, wzniesiona według brytyjskich planów, wystarcza nawet do podwójnego powieszenia. Została wzniesiona w zeszłym tygodniu w zachodnim skrzydle więzienia, z unikalną cechą dwóch zapadni umieszczonych tuż obok siebie. Zgodnie z tradycją, żaden skazany nie będzie mógł wisieć przez pełną godzinę po śmierci; Rupert przeznaczył na to maksymalnie dwadzieścia minut. Dzięki temu cała seria egzekucji może zostać przeprowadzona w ciągu jednego dnia. W rekordowym czasie.
To właśnie w tym napięciu emocjonalnym urodzony w Hameln pisarz Jens Rosteck umieszcza swoją debiutancką powieść 'oferując swoją głowę'. Jens Rosteck, urodzony w 1962 roku, odkrył swoją pasję do pisania jeszcze w liceum w Hameln. Oprócz dzienników podróżniczych, zyskał rozgłos jako muzykolog z doktoratem, historyk kultury, pianista i autor, zwłaszcza dzięki licznym monografiom. Teraz nadchodzi debiutancka powieść Rostecka: autor, który od jakiegoś czasu mieszka w Badenii, nawiązuje więź ze swoim rodzinnym miastem Hameln. Rezultatem jest powieść równie ekscytująca, co głęboka, opowiadająca prawdziwą historię ostatniego kata w Anglii.
"Ale najpierw, dzień wcześniej, trzeba przejść procedurę, która jest krępująca dla obu stron, taką, którą lekarze więzienni zawsze przeprowadzali dla Ruperta przed jego przybyciem do zakładu karnego: więźniowie muszą zostać indywidualnie zmierzeni o zważenia następnie każdy z nich zostaje poddany krótkiemu przesłuchaniu w celu ustalenia i potwierdzenia ich tożsamości.
Imię? Wiek? Zawód? Miejsce urodzenia? Członek partii?. Pamiętna procesja. na oczach wszystkich. Nigdy wcześniej wszyscy uczestnicy egzekucji nie zgromadzili się w jednym pomieszczeniu na dwadzieścia cztery godziny przed jej wykonaniem. Nigdy wcześniej Rupert nie stał tak często i tak bezpośrednio oko w oko ze skazanymi. Ani nie rozmawiał z nimi. Nigdy wcześniej skazany nie podszedł do niego, nie miał okazji do wzajemnej wymiany słów.
Myśli o sztuce teatralnej, a sala Hameln, przygotowana na tę okazję przypomina scenę. Całe wydarzenie przypomina ceremonię albo próbę generalną. Przed jutrzejszym prawdziwym kryzysem".
Jens Rosteck z powodzeniem łączy bycie wrażliwym autorem monografii z powieściopisarstwem interpretującym ludzkie losy w zmieniających się czasach. W gatunku fikcyjnym autor zyskuje jeszcze większą swobodę, pozwalając na bardziej szczegółowe spojrzenie na psychospołeczne uwarunkowania i okrucieństwa naszych czasów. 'Doszedłem do wniosku, że egzekucje nie mają sensu. Są w istocie prymitywnym przeżytkiem. To pragnienie zemsty, które wybiera łatwiejszą drogę i przerzuca odpowiedzialność na innych' - napisał Pierrepoint w posłowiu do swoich wspomnień. Spóźnione uświadomienie sobie, że wymogi obowiązującego prawa bardzo często stoją w sprzeczności z ludzką godnością i trwałym pragnieniem jednostki, by czuć się kochaną, docenić, kochać i być sprawiedliwą".
"Pracownicy stoją gotowi przy wagach i urządzeniach pomiarowych. On sam siada przy długim stole, przed nim stos papierów i wieczne pióro i wzywa skazańców w kolejności ich jutrzejszego powieszenia; O'Sullivan zajmuje się tłumaczeniem. Rupert zauważa, że Huber i Ellermann patrzą na niego z wielkim spokojem podczas krótkich rozmów, jakby rozmawiali z kimś o podobnej randze. Jakby zwracali się do równego sobie. Są pewni swojej pozycji, sprawiając wrażenie nietykalnych. Wydają się też nim zaciekawieni, a nawet lekko zaintrygowani.
Pozostali mężczyźni, głównie nisko postawieni wykonawcy rozkazów i niezbyt inteligentni podwładni, którzy mimo to mają na sumieniu sporo zbrodni jako aktywni mordercy i zabójcy, wydają się raczej skromni i przygnębieni, ledwo podnosząc wzrok. Ich nieuchronny koniec jest już wypisany na ich twarzach, być może również świadomość, że na niego zasługują".
DEWEZET, 4.9.2021
"Kobiety były zupełnie inne. Wydawały się bezczelne, wręcz buntownicze. Na ich ustach, w oczach, igrał szyderczy uśmiech. Rupert przygląda się ich mimice i gestom, szukając takich emocji jak strach i żal, panika i przyznanie się do winy - i nie znajduje praktycznie nic. Nawet skruchy. W najlepszym razie kokieterię i pogardę.
Żadna z więźniarek nie wykorzystuje okazji, by skomentować sytuację lub złożyć oświadczenie; żadna z nich nie wybucha płaczem ani nie mdleje. Jedna nawet puszcza mu oko. Tylko najmłodsza z nich, Hedwig Pötzing, której okrucieństwa obawiano się w Belsen, przypominająca niewinną wiejską dziewczynę, która teraz uśmiecha się do niego, zdobywa się na niecierpliwe: 'Szybko! Szybko!', gdy nie zapisuje jej wagi wystarczająco szybko i wciąż szuka pytania, które mógłby jej zadać. O'Sullivan nie musi tłumaczyć jej wtrącenia.
'Zrobię, co w mojej mocy' - odpowiada, nie poruszając ustami - 'To skończy się w mgnieniu oka'. Dla niej, dla niego i dla wszystkich obecnych. Z radością składa tę cichą obietnicę".
Może pan Rosteck chciał poprzez tę książkę osobiście zmierzyć się z trudną przeszłością swojego rodzinnego miasta? Jestem w stanie w to uwierzyć. Szubieniczna Golgota z 1945 roku wciąż kładzie się cieniem na historii miasta Hameln i jego mieszkańcach. Może właśnie teraz jest dobry czas, aby wziąć odpowiedzialność za egzekucje z przeszłości i wspólnymi siłami przełamać wojenną traumę, która co pewien czas przesyła pozdrowienia z głębokich grobów? Te krzyże nie umilkną, one będą dalej wołać. Bez końca.
Wykorzystano fragmenty książki "Den Kopf hinhalten".
Zdjęcia z Hameln wykonałam w lipcu 2025 roku.
Zobacz też:
Komentarze
Prześlij komentarz