Śmierć rodzeństwa Scholl: Słońce wciąż świeci!

 

Jak umierali. Ostatnie godziny rodzeństwa Scholl

Dnia 22 lutego 1943 roku, ze względu na wydawanie i kolportaż antynacjonalistycznych ulotek, rodzeństwo Scholl zostało skazane na karę śmierci. Jeszcze tego samego dnia zostali uśmierceni na gilotynie. 

Christoph Probst, który dotychczas nie był ochrzczony, poprosił w ostatniej godzinie swego życia, katolickiego księdza więziennego o udzielenie mu tego sakramentu. Ja zaś zostałem telefonicznie poproszony o jak najszybsze odwiedzenie rodzeństwa Scholl. Z kołatającym sercem wchodziłem do celi zupełnie mi nieznanego Hansa Scholla. jak miałem w tak krótkim, wyznaczonym mi czasie, zbliżyć się duchowo do tych luidzi? Jak miałem Hansa i jego siostrę przygotować do tak strasznego końca ich życia? Ale Hans pozbawił mnie całego niepokoju i troski. Po krótkich słowach pozdrowienia i mocnym uścisku ręki poprosił, abym mu przeczytał dwa fragmenty z biblii: Hymn o miłości świętego Pawła z 13 rozdziału i psalm 90.

"Panie Ty dla nas byłeś ucieczką
Z pokolenia na pokolenie.
Zanim góry narodziły się w bólach,
Nim ziemia i świat powstały,
Od wieku po wiek, Ty jesteś Panem.
W proch każesz powracać śmiertelnym
I mówisz: Synowie ludzcy wracajcie.
Bo tysiąc lat w Twoich oczach
Jest jak wczorajszy dzień,
Który minął niby straż nocna..."




Tak modliliśmy się wspólnie, czytając werset za wersetem. A gdy przyszliśmy do słów:

"Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest,
Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku,
Nie unosi się pychą,
Nie dopuszcza się bezwstydu,
Nie szuka swego,
Nie unosi się gniewem,
Nie pamięta złego"

zapytałem: "Czy możliwe jest wybaczenie oskarżycielom i niesprawiedliwym sędziom, czy gorycz w sercu można zastąpić miłością?" Odpowiedź Hansa była pewna, a słowa jego brzmiały donośnie: "Nie. Nie można płacić złem za złe".

Po tych słowach mogłem z czystym sumieniem dać rozgrzeszenie i podać wiatyk miłości i przebaczenia, które według nauki ojców Kościoła i Lutra są także środkiem przeciw śmierci i zapewniają życie wieczne. 

Cela więzienna przemieniła się w świątynię samego Boga. Wydawało się, że słychać szelest skrzydeł anielskich, że aniołowie pańscy nadlatują, aby wprowadzić dusze dzieci Bożych do salonu wieczności. Kto tak umiera, umiera godnie, chociażby i jego głowa spadła pod nożem gilotyny.






Podobnie przebiegały także ostatnie chwile kochanej i dzielnej siostry Sophie. Ona jeszcze kilka godzin temu, nieustraszenie krzyknęła do stołu sędziowskiego: "O tym, co myśmy mówili i o czym pisaliśmy, wiedzą wszyscy, tylko brak im odwagi, aby to wypowiedzieć!". Teraz spokojnie oznajmiła mi, że jest jej zupełnie obojętne, jaką śmiercią zginie, czy będzie powieszona, czy też gilotyna pozbawi ją życia. Niedawno napisała listy pożegnalne do swoich rodziców i narzeczonego 25-letniego kapitana, który w wyniku odniesionych pod Stalingradem ran, przebywał w szpitalu przyfrontowym. Listy te nigdy nie dotarły do adresatów.

Nie uroniła ani jednej łzy, przygotowując się do Wieczerze Pańskiej. Modliliśmy się do czasu, kiedy w drzwiach ukazał się dozorca, który za chwilę wyprowadził ją z celi.  Zatrzymała się jeszcze na chwilę, prosząc o przekazanie ostatnich pozdrowień swemu bratu.

List Hansa, który również nie został nigdy doręczony zawierał m.in. takie zdania: 

"Moi najukochańsi Rodzice!
Jestem bardzo spokojny i silny. Za chwilę przystąpię jeszcze do komunii świętej, a później mogę szczęśliwie umrzeć. Poproszę jeszcze księdza, aby mi odczytał 90 psalm. Dziękuję wam za to, że podarowaliście mi tak piękne i bogate życie. Bóg jest z nami. Pozdrawiam was po raz ostatni wasz wdzięczny syn Hans".

Zanim położył swą skroń pod gilotynę krzyknął donośnym głosem: "Niech żyje wolność!".





Tak umierało rodzeństwo Scholl.
Po dwóch dniach pochowano ich ciała późnym wieczorem na zamkniętym cmentarzu przy "Perlacher Forst" pod silną eskortą Gestapo. Śnieżnobiałą łuną świeciły odległe szczyty górskie, a czerwone słońce chowało się za horyzontem. Tylko o małej cząstce tego dramatu mogła wiedzieć i wiedziała najbliższa rodzina. Ale wieść o tym zdarzeniu uniosła się w górę, skąd przyjdzie do nas pomoc i ratunek, wieść poszła tam, gdzie słońce nigdy nie zachodzi, skąd przyjdzie wszelka pociecha i skąd w chwilach najsmutniejszych, i w najciemniejszych godzinach opromieni nas światło Bożego słońca.

Fragmenty wspomnień księdza doktora Karla Alta, ewangelickiego kapelana w więzieniu Stadelheim pochodzą z książki Inge Scholl "Biała Róża". 

Zdjęcia z cmentarza "Perlacher Forst" wykonałam w lipcu 2025 roku.


Zobacz też:

Komentarze


Popularne posty:

Translate