Case study: 5 prawdziwych faktów o Irmie Grese

 

Dokumenty, które pokazały prawdę

Obiecałam, że będę na blogu co jakiś czas przedstawiać metody pozyskiwania dokumentów archiwalnych w odniesieniu do historii Irmy Grese. Ten przykład biografii młodej nadzorczyni z Auschwitz jest o tyle ciekawy, gdyż na przestrzeni kilkudziesięciu lat - a nawet powiedziałabym, że od czasu jej śmierci w 1945 roku - pojawiło się wiele nieprawdziwych informacji, które nie zostały do tej pory należycie zebrane i zweryfikowane. 

Dziś Irma Grese jest znana raczej jako "hiena z Auschwitz", "najbardziej sadystyczna i zwyrodniała nadzorczyni", "bestia z piekła", "kobieta, która była gorsza niż diabeł"... Mnogość tych wszystkich określeń oraz przydomków może paraliżować umysł człowieka oraz utwierdzić w przekonaniu, że oto mamy do czynienia z kimś naprawdę złym. W swoich opracowaniach specjalnie unikam stosowania takiego nazewnictwa, gdyż nic to nie wnosi do badanej historii, a większość tego typu sensacyjnych opisów wobec Irmy Grese została wymyślona już po wojnie. 

Dokumenty egzekucyjne pokazały prawdę o wydarzeniach z Hameln.

Z biegiem lat, moje początkowe hobby zwane "Irma Grese i obozy" zamieniło się poważne badania historyczne, którym zaczęłam poświęcać dużą ilość swojego czasu. A jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Im więcej osób poznawałam, im więcej publikacji czytałam, im więcej wystaw zwiedzałam - tym bardziej chciałam samodzielnie sprawdzić każdy aspekt tej tragicznej historii. Postanowiłam zebrać archiwalne dokumenty, będące wiarygodnym źródłem informacji i jeszcze raz przejrzeć wszystko to, co od 1945 roku napisano o Irmie Grese w prasie, książkach oraz tekstach naukowych. 

Fakty i fikcje o Irmie Grese - najwyższy czas je ustalić!

Do dnia dzisiejszego wciąż zastanawiam się, dlaczego niemieccy badacze nie przyjrzeli się bliżej wydarzeniom z sali sądowej oraz z szubienicznej zapadni i nie zebrali dostępnych dokumentów. Mój research do publikacji "Schnell!" prowadziłam od września 2024 roku do sierpnia 2025 roku, czyli prawie rok i w tym czasie korespondowałam z kilkoma osobami  zaangażowanymi w pracę nad biografią Irmy Grese, a także sprawdzałam dokumenty dostępne w wybranych instytucjach muzealnych oraz urzędach miejskich. Niektóre z tych dokumentów oglądałam osobiście, jak np. prywatne zbiory majora Winwood'a zdeponowane w Imperial War Museum, zbiory archiwalne miasta Hameln, dotyczące ekshumacji z 1954 roku, czy zasoby Państwowego Archiwum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, a także Muzeum Ravensbrück.  

Im dłużej szukałam, tym więcej znajdowałam dokumentów o śmierci Irmy Grese.

Praca badacza Zagłady rzeczywiście przypomina zbieranie kawałków rozbitego szkła i próbę sklejenia  z nich nowego (choć już potłuczonego) lustra, w którym można ujrzeć twarze ludzi z przeszłości. Zmarli realnie wpływają na żyjących i angażują ich w wykonanie pracy, której sami nie są już w stanie wykonać po własnej śmierci. Myślę, że w przypadku sprawców Zagłady, przebaczenie tym osobom jest koniecznym etapem w drodze do poznania prawdy. Gdybym nie ułożyła sobie tych wszystkich myśli w głowie, nie mogłabym zajmować się tematyką niemieckich kobiet pracujących w nazistowskich obozach koncentracyjnych. 

Aby pokazać swój warsztat pracy wybrałam dla przykładu 5 faktów, które mają swoje potwierdzenie w zachowanych dokumentach archiwalnych. 

1. Miała trzy imiona

Zawsze zastanawiałam się, skąd wiadomo, że Irma Grese miała trzy imiona? Od 2006 roku, czyli odkąd poznałam tą dramatyczną historię, nigdy w żadnym opracowaniu nie przeczytałam nawet najmniejszej wzmianki na temat imion nadanych Irmie Grese. Jest znana jako "Irma", ale oprócz tego imienia, nadano jej jeszcze dwa: Ilse oraz Ida. Właśnie w tej kolejności: Irma Ilse Ida. Pisząc swoje własne opracowanie musiałam potwierdzić tą informację. Imiona głównej bohaterki książki to przecież ważna sprawa! Zaczęłam się więc zastanawiać, gdzie mogę uzyskać potwierdzenie tego, że Irmie Grese nadano przy urodzeniu jeszcze dwa inne imiona, również krótkie i również zaczynające się na "I". No właśnie - przy urodzeniu. Nowo narodzonym dzieciom nadaje się imiona przy ich rejestracji w urzędzie stanu cywilnego. Imiona musiały zostać zapisane w urzędowym dokumencie, w akcie urodzenia Irmy Grese! 

Gutshof Wrechen to miejsce, w którym wychowała się i dorastała Irma Grese.

Rozpoczęłam poszukiwania dokumentu, którym był wpis z rejestracją dziecka urodzonego we wsi Wrechen w Meklemburgii w 1923 roku. Siedząc przy biurku w Warszawie wysłałam mail do urzędu w Schwerin - dzisiejszej stolicy landu Meklemburgia-Pomorze Przednie. Pracownicy widząc nazwę wioski "Wrechen" oraz "Göhren", odesłali mnie do urzędu w mieście Woldegk, który przechowuje dokumentację archiwalną mieszkańców tego konkretnego regionu. W ten sposób po trwającej miesiąc mailowej korespondencji z pracownikami urzędu w Woldegk otrzymałam kopię aktu urodzenia Irmy Ilsy Idy Grese oraz aktu małżeństwa jej rodziców.

W ten sposób udało mi się potwierdzić autentycznym dokumentem to, że Irma Grese miała nadane urzędowo trzy imiona oraz to, że przyszła na świat o godzinie 19:15. Pisząc czyjąś biografię dobrze znać godzinę jego urodzenia i godzinę śmierci - to taka symboliczna klamra, która spina całość opowieści. 

Więcej o moich poszukiwaniach tego dokumentu przeczytacie tutaj: 
Dokument z 1923 roku: Akt urodzenia Irmy Ilsy Idy Grese

2. Pracowała w sanatorium jako pokojówka

Od wielu lat miałam w swoich cyfrowych zbiorach plik pracy naukowej o Irmie Grese autorstwa Axela Hubera, niemieckiego historyka. Była to niewielka, 32-stronicowa książka z 2011 roku, która została opublikowana w serwisie sprzedażowym w Internecie i dostępna do pobrania za opłatą. Sam tekst był pracą zaliczeniową z 2006 roku. Opracowanie zwróciło moją uwagę, gdyż na okładce zamieszczono... mój własny rysunek nadzorczyni. Nieco przerobiony graficznie mój rysunek zdobił okładkę pracy Axela Hubera, o czym sama go później poinformowałam mailowo. Odpisał, że nie wiedział o tym i nie miał wpływu na wygląd okładki, gdyż wydawnictwo samo podjęło decyzję na ten temat. Nie miałam mu tego za złe, rysunek był od dawna dostępny w Internecie, a ja nie chciałam czerpać żadnych korzyści majątkowych z jego nielegalnego użytkowania. Dzięki temu zbiegowi okoliczności, postanowiłam w 2025 roku napisać do autora tekstu "Grausamer als die Norm des Grauens: Die SS-Aufseherin Irma Grese". Moja ciekawość tutaj zwyciężyła, a ja sama szukałam kontaktu z kimś z Niemiec, kto prowadził badania na temat nadzorczyni Grese. 

W Hohenlychen nadal widać pozostałości po dawnym sanatorium.

Dzięki mailowym rozmowom z Axelem Huberem, udało mi się dotrzeć do niezwykłego dokumentu, o którym on sam napisał w swoim opracowaniu. W przypisie odnoszącym się do pracy Irmy Grese w sanatorium w Hohenlychen przeczytałam, że istnieje księga personalna osób zatrudnionych w tym sanatorium, a wśród wymienionych nazwisk można znaleźć nazwisko Irmy Grese. Prowadząc swoje badania, Axel Huber kontaktował się z historykiem z miasta Lychen, Hansem Waltrichem, który potwierdził źródło informacji, że owa "księga personalna" istnieje, a młoda Irma Grese pracowała w sanatorium jako "pokojówka". 

Napisałam w tej sprawie do urzędu miasta Lychen. Chciałam osobiście uzyskać dokument z wpisem w rejestrze "Personalbuch". Jednak pierwsza kwerenda przeprowadzona na moją prośbę i za opłatą przez pracownika urzędu zakończyła się niepowodzeniem i otrzymałam informację, że osoba o nazwisku "Grese" nigdy nie pracowała w sanatorium. Byłam jednak uparta i dalej "drążyłam temat". Po tygodniu ponownie wysłałam mail i dopiero za drugim podejściem, kiedy przesłałam pełny tekst wpisu z tego rejestru, który uzyskam uprzednio od Axela Hubera, poszukiwania przyniosły oczekiwany rezultat. Otrzymałam zdjęcie z księgi sanatorium Hohenlychen, gdzie pod numerem 5311 wpisana została Irma Grese.

Więcej o pracy Irmy Grese w sanatorium w Hohenlychen posłuchasz tutaj:

3. Przyjechała do obozu Auschwitz w 1942 roku

Sprawa z ustaleniem konkretnego momentu, kiedy Irma Grese rozpoczęła swoją pracę w obozie Auschwitz zajmowała moje myśli od dłuższego czasu. Ona sama w czasie przesłuchania sądowego oraz we wcześniejszym zeznaniu z czerwca 1945 roku powiedziała, że do obozu Auschwitz przyjechała w marcu 1943 roku i tej wersji trzymała się przez cały czas. Czemu miałabym nie wierzyć Irmie Grese, skoro powiedziała, że "składała przysięgę, że będzie mówić prawdę". Coś mi się jednak tutaj nie do końca zgadzało i co jakiś czas wracałam do sprawy przyjazdu Irmy Grese do Auschwitz. 

W kilku relacjach pochodzących od byłych więźniów obozu Auschwitz znalazłam informacje, że Irma Grese przyjechała transportem z Ravensbrück dokładnie wieczorem 7/8 października 1942 roku. Relacja Antoniny Kozubek z 1964 roku, która dostępna jest w archiwum Muzeum Auschwitz rozwiewa wszelkie wątpliwości. Kozubek podała tę konkretną datę, wymieniając nazwisko Grese razem z innymi nadzorczyniami, które wówczas przyjechały do pracy w Auschwitz. Kozubek była też jedną z więźniarek, które znalazły się na liście transportowej z Ravensbrück, prawdopodobnie znała z widzenia Irmę Grese. 

 Drzewo w obozie BIIc patrzy na ludzi idących rampą w tę i w tamtą stronę...

Mimo to, postanowiłam dalej "wkładać palec". Potrzebowałam jeszcze bardziej namacalnego dowodu, że Irma Grese była już w październiku 1942 roku w Auschwitz. Kolejny ślad znalazłam w nieznanym szerszej publiczności opracowaniu Katrin Karmann "Irma Grese", którego maszynopis zdeponowany jest w bibliotecznych zasobach Miejsca Pamięci Bergen-Belsen. W 2025 roku napisałam do biblioteki muzeum Bergen-Belsen z pytaniem o możliwość wglądu w to opracowanie i ku mojemu zaskoczeniu, pracownik biblioteki przesłał mi w mailu cyfrową kopię tekstu Katrin Karmann. Wynikało z niego, że Irma Grese swoje 19. urodziny obchodziła w... pociągu jadącym w kierunku Oświęcimia. W opracowaniu brakowało jednak przypisów, nie mogłam więc potwierdzić źródła tej informacji. Domyślałam się, że Karmann mogła mieć wgląd w jakieś nieznane dotąd dokumenty Irmy Grese lub w nieopublikowaną treść wywiadu z Helene Grese z 1987 roku.  

Przełom nastąpił w styczniu 2026 roku, kiedy wreszcie przez przypadek natrafiłam na prywatny dokument Irmy Grese, którego kopia wraz z inną dokumentacją przechowywana jest w jednym z niemieckich archiwów. Folder określony ogólną adnotacją "Unterlagen zu Irma Grese" zawiera skany ze stronami książeczki oszczędnościowej Irmy Grese z lat 1942-1944, która została wystawiona w "Kreissparkasse Bielitz, Hauptzweigstelle Auschwitz". Pierwsza wpłata na konto oszczędnościowe została zaksięgowana 22 października 1942 roku. Właśnie tego długo szukałam: miałam wreszcie namacalny dowód, że w 1942 roku Irma Grese była w Auschwitz!

Jeśli chcesz poznać nieznane fakty o obozie Auschwitz, kliknij:
5 faktów o KL Auschwitz, których możesz nie znać!  

4. Napisała wiersz o swoim cierpieniu

W dalekiej Kanadzie, w archiwum należącym do Canadian War Museum zdeponowana została prywatna kolekcja brytyjskiego oficera, majora Thomasa Petera Claphama. Kanadyjskie Muzeum Wojny zrobiło w 1993 roku kopię kilkuset stron tych dokumentów i przekazało jako dar do amerykańskiego Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Wśród zebranych materiałów są też te, które dotyczą procesu sądowego załogi Bergen-Belsen z 1945 roku oraz pierwszych serii egzekucji przez powieszenie w więzieniu w Hameln. 

Peter Clapham był jedną z najważniejszych osób, które uczestniczyły w powojennych wydarzeniach w Dolnej Saksonii, polegających na przygotowaniach do pierwszego procesu sądowego nazistowskich zbrodniarzy na terenie Zachodnich Niemiec, przeprowadzeniu tego procesu od strony logistycznej - Clapham został mianowany gubernatorem aresztu sądowego, w którym trzymano oskarżonych, a także nadzorował prawidłowy przebieg egzekwowania nałożonych kar, czyli przeprowadzenia wszystkich egzekucji. 

Do 2020 roku nazwisko "Clapham" niewiele mi mówiło. Po nawiązaniu kontaktu z Jörgiem Müllerem z Niemiec, autorem publikacji "Angeklagte Nr. 9", w której zaprezentował wybrane dokumenty z kolekcji Petera Claphama, rozpoczęliśmy razem dalsze badania nad tymi dokumentami. A jest tutaj nad czym pracować! Wszystkie zgromadzone przez Petera Claphama dokumenty pokazują pracę brytyjskich oficerów - od kulis. Dzięki tym rzeczowym dowodom można mieć wgląd w to, jak przebiegał tamten proces sądowy, co działo się z oskarżonymi, kiedy przebywali w areszcie, a nawet to, jak spędzali nocne godziny w swoich celach. Prywatne notatki Claphama, listy wysyłane do aresztu od członków rodzin osób oskarżonych, fotografie utrwalające moment zabierania skazanych na transport do Hameln w grudniu 1945 roku - dokumenty pomogły ułożyć dokładniejszy obraz wydarzeń z przeszłości. 

 "Szczur numer 9" zaprowadził mnie do starego hotelu nad Wezerą.

W wielu publikacjach na temat Irmy Grese przedstawiane są opinie mówiące o tym, że była niewzruszona tym, co działo się na sali sądowej, a także to, że wyrok śmierci nie zrobił na niej wrażenia. Według wielu dziennikarzy relacjonujących proces w 1945 roku oraz współczesnych badaczy, Irma Grese nie pokazywała żadnych emocji, co odbierano jako potwierdzenie jej sadyzmu i wrodzonego zła. Dokumenty z kolekcji Petera Claphama pokazują zupełnie inny obraz młodej oskarżonej. W zestawieniu z listami pisanymi przez Irmę Grese oraz zachowanym wywiadem z jej siostrą Helene z 1987 roku - można wyciągnąć wniosek, że Irma Grese przeżywała bardzo intensywnie wydarzenia z sali sądowej i z każdym tygodniem procesu oraz późniejszym oczekiwaniem na wykonanie wyroku - coraz bardziej pogrążała się we własnej psychicznej agonii, łącznie z pragnieniem popełnienia samobójstwa, aby "nie zostać powieszoną jak czarownica".  

Wszystkie intensywne emocje u Irmy Grese można było zaobserwować w areszcie sądowym - a tam nie mieli przecież wglądu dziennikarze! Notatki jednej z niemieckich strażniczek więziennych, która pilnowała oskarżonych w nocy wyraźnie pokazują, jak bardzo Irma Grese denerwowała się swoim przesłuchaniem w sądzie do tego stopnia, że nie mogła spać w nocy. Nie ma w tym niczego dziwnego - to normalna, ludzka reakcja na długotrwały stres. Wystarczyło zsumować ze sobą wszystkie dokumenty oraz listy osób z rodziny Irmy Grese, popatrzeć na fotografie, które wykonano jej między majem 1945 roku (miniaturka tego wpisu) a sierpniem 1945 roku (znane zdjęcie portretowe z podkrążonymi oczami), żeby stwierdzić, że psychika Irmy Grese od czasu jej aresztowania na terenie Belsen do grudnia 1945 roku była na równi pochyłej. 21-latkę przetrzymywano w trzech aresztach, wystawiano na widok publiczny, gdzie oglądały ją setki nieznanych ludzi, głównie byli to mężczyźni w brytyjskich mundurach. Ostatecznie spędziła kilka tygodni na sali sądowej, w całkowitej niepewności dotyczącej swoich dalszych losów oraz rodziny.

"Siedem księżyców" z wiersza, który napisała Irma Grese w więzieniu Hameln - symbolizuje jej cierpienie, którego doświadczyła od momentu osadzenia w areszcie w Celle. Od maja 1945 roku spędziła w swojej własnej niewoli siedem miesięcy, zakończonych traumatycznym spotkaniem ze śmiercią w grudniu 1945 roku. Dzisiaj, mała karteczka z wyblakłymi słowami napisanymi ołówkiem i dołączona do kolekcji Petera Claphama jest ostatnim namacalnym śladem istnienia człowieka, którego historia określiła mianem "blond bestii z Belsen". 

Więcej o ostatnim pozdrowieniu Irmy Grese przeczytasz tutaj: 
12/13.12.1945: "Siedem księżyców" Irmy Grese

5. Wstrzyknięto jej do serca chloroform

Swoją naukową kwerendę polegającą na zbieraniu dokumentów archiwalnych Irmy Grese rozpoczęłam... od końca. W listopadzie 2024 roku otrzymałam dokument, który okazał się przełomowy dla moich badań i rozpoczął lawinę dalszych pytań o to, co działo się za murami więzienia w Hameln. Pojawiła się wówczas postać brytyjskiego doktora, Francisa Edwarda Bucklanda, którego nazwisko również niewiele (a nawet zupełnie nic) mi nie mówiło. Kim był ten człowiek i co zrobił osobom wiszącym na sznurach w czasie egzekucji? Moja opowieść o Irmie Grese zaczęła przypominać prawdziwy horror, tym gorszy, że wydarzył się naprawdę. 

Dzięki pomocy Richarda Clarka, który od 30 lat interesuje się historią brytyjskich egzekucji, mogłam zobaczyć jeden z najbardziej przerażających dokumentów pokazujących, jak umierali ludzie na szubienicy w więzieniu Hameln. Pisząc książkę o nadzorczyni, która w taki właśnie sposób zakończyła swoje życie, chciałam koniecznie dowiedzieć się, jak wyglądała procedura przeprowadzenia egzekucji, kto w niej uczestniczył, jakie dokumenty przygotowano w tamtym czasie, oraz co planowano zrobić z ciałami zmarłych osób. Chcąc nie chcąc, weszłam więc w świat zmarłych i weszłam całą sobą. Skupiłam się na tematyce śmierci, bo ten aspekty historii o Irmie Grese wydał mi się kluczowy i najważniejszy: opowieść o śmierci i pamięci.  

Ziemię przywiezioną z Wrechen rozsypałam na zarośniętej mogile powieszonych osób.

Raport medyczny doktora Bucklanda z 1947 roku przeleżał kilkadziesiąt lat w czeluściach archiwów brytyjskich, aż w 2000 roku w niemieckiej prasie ukazało się kilka artykułów z informacją, że przy egzekucjach zbrodniarzy zastosowano śmiercionośne zastrzyki dla powieszonych osób. Na pozór sensacyjna wiadomość, nie wywołała żadnych szerszych dyskusji. Po odtajnieniu londyńskich archiwów można było na ich podstawie opisać bardziej szczegółowo wydarzenia z egzekucji sądowych w brytyjskiej strefie okupacyjnej. Jednak znowu byłam nieprzyjemnie zaskoczona: poza krótkimi wzmiankami w kilku opracowaniach naukowych (John Cramer, Traugott Vitz, Caroline Sharples) nikt z historyków nie opisał bardziej szczegółowo sytuacji osób powieszonych oraz problemu zastosowania zastrzyków ze śmiercionośną substancją, którą okazał się chloroform. 

Byłam w lekkim szoku, gdyż w raporcie podano bardzo szczegółowe informacje dotyczące obserwacji wiszących osób i sposobu podawania tych zastrzyków z chloroformem. W pierwszej serii egzekucji z dnia 13 grudnia 1945 roku zanotowano nienaturalnie wysoki puls u siedmiu z trzynastu powieszonych osób. Pierwszą osobą na liście była Irma Grese z tachykardią wynoszącą 168 uderzeń na minutę.   

Do tej pory zastanawiam się, dlaczego nikt nigdy nie opisał tych dokumentów. Pomimo, że nazwisko "dr Buckland" widnieje na dokumencie z listą świadków egzekucji, w żadnym współczesnym opracowaniu naukowym nie podano nigdy tego nazwiska brytyjskiego lekarza, którego zadaniem było przyspieszenie oficjalnego zgonu osób powieszonych. Nikogo to już dziś nie interesuje? Czy przedstawienie aż tak szczegółowych informacji o umieraniu ludzi na szubienicy mogłoby wzbudzić niepotrzebną litość wobec zbrodniarzy? A może źle wpłynęłoby to na postrzeganie etyki lekarskiej? Oto bowiem wojskowy patolog, dobija osoby wiszące na sznurach szubienicznych, robiąc im dosercowo lub dożylnie zastrzyk z trującą substancją, po czym obserwuje reakcje ich ciał zapisując, jak szybko przestaje im bić serce... 
Gdybym nie miała dowodu w postaci autentycznego dokumentu, uważałabym ten dramatyczny opis za całkowicie nieprawdziwy i zmyślony. Po prostu sądziłabym, że kogoś poniosła fantazja. Raport medyczny doktora Bucklanda jest jednym z najważniejszych artefaktów historycznych, który rzucił nowe światło na przebieg egzekucji w Hameln. Postanowiłam o nim napisać i pokazać publicznie, gdyż 80 lat po tamtych wydarzeniach, prawda należy się także wobec zmarłych.    

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat raportu z egzekucji w Hameln, przeczytaj:
Dr Francis Edward Buckland: raport medyczny z 1947 roku

*

Nawet jeśli jakiegoś człowieka zabito w imię sądowego wyroku, a potem pochowano jego ciało trzy metry pod ziemią w anonimowym grobie - zawsze na powierzchni pozostają jakieś ślady. Każdy człowiek, który umiera, pozostawia jeszcze po sobie czyjeś wspominania na jego temat oraz dokumenty, które trzeba umieć znaleźć, aby ułożyć z nich spójną opowieść. Tym właśnie są kwerendy oraz badania historyczne. Docieranie do tych bezpośrednich źródeł może być fascynującym doświadczeniem, które naprawdę otwiera oczy na wydarzenia z przeszłości. Irma Grese, która stała się moim "case study" z dziedziny badań nad sprawczyniami Zagłady, pozwoliła mi zestawić ze sobą dotychczasową wiedzę naukową z "nowymi" źródłami archiwalnymi, niekiedy całkowicie sprzecznymi z tym, co ustalono kilkadziesiąt lat temu.

Dokumenty o Irmie Grese przechowuję w swoim domowym "archiwum".

Nauczyłam się być "niewiernym Tomaszem" i sprawdzać absolutnie wszystko, co tylko mogę sprawdzić, "wkładając palec w bolącą ranę przeszłości". Taka już jestem: dociekliwa i jednocześnie wątpiąca. Poddaję w wątpliwość słowa byłych więźniów, a także to, co pisali w swoich powojennych wspomnieniach. Nawet zeznania samej Irmy Grese próbowałam traktować z dystansem i nie wierzyć ślepo we wszystko, co powiedziała w swoich zeznaniach. Wiadomo, że każda ze stron w czasie procesu sądowego chciała ugrać coś dla siebie. 

Zebrane dokumenty opisałam i przekazałam do wybranych instytucji w Niemczech.

Osobom, które chciałyby w przyszłości pisać prace naukowe na temat nadzorczyń, a tym bardziej Irmy Grese, proponuję zacząć kwerendę od bardzo dokładnego sprawdzenia zasobów dokumentacji archiwalnej. W swoich opracowaniach podałam konkretne sygnatury, dzięki którym można zlokalizować miejsce przechowywania oryginałów lub poświadczonych odpisów. Osobiście coraz bardziej przekonuję się do opracowania dodatkowej publikacji, w której zamieściłabym wszystkie sygnatury dokumentów odwołujących się do Irmy Grese. Mając taką listę można pisać już bezpośrednio do wybranego archiwum i podać namiary na poszukiwany dokument. W wielu archiwach trzeba osobno płacić za wykonanie wstępnej kwerendy. Ja już taką kwerendę wykonałam samodzielnie - nie ma więc potrzeby, aby ktoś powielał drogę, którą ja już sama przeszłam i wszystko sprawdziłam.  

Podstawą badań naukowych jest też międzynarodowa współpraca i gdyby nie pomoc innych osób, których nazwiska wyżej wymieniałam, z pewnością nie udałoby mi się dotrzeć do tak wielu bezpośrednich źródeł archiwalnych. Jest grono badaczy, którzy chcą szczerze rozmawiać oraz prowadzić swoje naukowe kwerendy na temat nadzorczyń oraz samej Irmy Grese. Takie działania sama zawsze chętnie wspieram. Jednak jeśli ktoś pisząc artykuły prasowe czy prace naukowe w dalszym ciągu będzie opierać się na publikacjach książkowych wątpliwej jakości merytorycznej i będzie nagminnie odmieniać słowo "bestia" we wszystkich przypadkach - niech nie liczy na pozytywną rekomendację - z pewnością nie z mojej strony! 

Przypadek Irmy Grese to nie tylko historia niemieckiej zbrodniarki. To także opowieść o dziewczynie, która przeszła przez piekło śmierci, doświadczając brutalności wojny oraz mierząc się z konsekwencjami wynikającymi z jej własnych decyzji. I właśnie ta chęć zbadania bardziej ludzkiej strony Irmy Grese, pełnej bólu, tęsknoty i cierpienia, stała się dla mnie przyczyną wyruszenia w daleką podróż śladami młodej nadzorczyni z Auschwitz.


Zobacz też:

Komentarze


Popularne posty:

Translate