"Strażniczki terroru": Doktorat o nadzorczyniach

 

O 20 lat za późno...

Mam wiele przemyśleń po ostatnich dwóch latach pisania własnej publikacji o nadzorczyni Irmie Grese i procesie sądowym zbrodniarzy z obozów Auschwitz oraz Bergen-Belsen. Właściwie dopiero teraz zrozumiałam, jak niewiele wiedziano na temat kobiecego personelu żeńskiego w drugiej połowie 1945 roku, kiedy w Lüneburgu rozpoczął się pierwszy powojenny proces sądowy nazistowskich zbrodniarzy w zachodniej Europie. I trzeba tutaj otwarcie przyznać: we wrześniu 1945 roku, Brytyjczycy nie wiedzieli kompletnie nic o nadzorczyniach obozowych! Proces opierał się na zeznaniach świadków, ale te zeznania pokazywały oskarżonych w jak najgorszym świetle. Słowa samych oskarżonych stały się jednocześnie dowodem ich własnej zbrodni, a przesłuchujący próbowali zmusić dawny personel obozowy do przyznania się do winy. 




Prasa relacjonująca wydarzenia z Lüneburga robiła wszystko, aby podsycić atmosferę kontrowersji i szoku, uwypuklając do granic możliwości negatywne cechy charakteru oraz działalności wybranych kobiet z personelu SS. Jeden z czytelników "The Birmingham Mail"  słusznie zauważył, że "Sprawozdania z procesu Belsen z każdym dniem brzmią jak komiks. Kto chce wiedzieć, co ma na sobie Irma Grese, czy się uśmiecha, czy rumieni? Chcielibyśmy wiedzieć, ile kosztuje ten proces. Świat zna prawdę, więc skończcie z tym". Można wręcz stwierdzić, że dziennikarskie relacje zajmowały się chwilowymi bzdurami lub niesprawdzoną sensacją niż rzetelnością relacjonowanego procesu, za którym stała tragedia setek tysięcy więźniów obozów koncentracyjnych. Osoby odpowiedzialne za przeprowadzenie procesu nie znały przepisów lub regulaminów obozowych, nie było wówczas dostępu do map ani planów budowy obozów, Brytyjczycy nie rozróżniali hierarchii w strukturach SS i SS-Gefolge. 

Na sali sądowej zabrakło historyka, który mógłby wytłumaczyć członkom wojskowego, brytyjskiego trybunału, na czym polegała praca nadzorczyń i jaki był ich faktyczny udział w zbrodni. A przypadek nadzorczyń obozowych wyraźnie pokazuje, jak wiele lat badań naukowych potrzeba, aby móc choć w niewielkim stopniu zrozumieć to, co działo się w Europie ponad 80 lat temu. I właśnie teraz, w 2026 roku, z 20-letnim poślizgiem, na polskim rynku wydawniczym ukazuje się książka Sylwii Wysińskiej, będąca jej doktoratem o nadzorczyniach z KL Auschwitz. Tak, ukazuje się o 20 lat za późno...   




Pomijam już fakt, że książkę reklamuje twarz Irmy Grese wklejona do zdjęcia przedstawiającego pierwotnie polską aktorkę, Aleksandrę Śląską, z filmu "Ostatni etap". Pisałam już o tym wcześniej, że taki projekt okładki - to pomyłka i nieporozumienie. Nie brakuje oryginalnych zdjęć nadzorczyń z KL Auschwitz - sama mam na swoim komputerze bardzo dużo zdjęć portretowych tych kobiet. Czy Irma Grese jest dobrym pomysłem na to, aby reklamować jej postacią swoją pracę doktorską? Ja myślę, że nie...  Zwłaszcza, że ta książkowa twarz została nieco zniekształcona i przerobiona przez cyfrowy filtr. A dodatkowo pokazuje osobę w kryzysie emocjonalnym, już po aresztowaniu. Tak więc kontekst wykonania tego zdjęcia jest zupełnie inny. Sylwia Wysińska nie pisała zbyt wiele o nadzorczyni Grese, a przy jej biografii nie ma nawet zamieszczonego autentycznego zdjęcia, w ogóle nie ma żadnego zdjęcia - to duży błąd! Kto jak kto, ale Irma Grese ma sporo zdjęć wykonanych w czasie aresztowania i procesu. Czemu więc nie zamieszczono fotografii przy opisie biografii, a dano jej przerobioną twarz na okładce? Nie widzę tu logiki...!




Książka nie jest odkrywcza. Nie ma tutaj niczego, czego nie napisano by o nadzorczyniach obozowych, a co zostało już wcześniej ustalone. 20 lat temu w niemieckich opracowaniach dotyczących Zagłady zaczął pojawiać się temat kobiet-sprawczyń, a dzisiaj polscy historycy nieśmiało kroczą tą samą drogą, którą już wcześniej wydeptali dla nich niemieccy badacze. Nie znajdziecie więc tutaj żadnych sekretów ani tajemnych informacji, ukrywanych przed światem przez dziesiątki lat. Główna teza pracy doktorskiej o "wzorcu służbowym nadzorczyni", też nie została w pełni przedstawiona, gdyż nie było takiego jednolitego wzorca, według którego miała funkcjonować każda strażniczka. Wprowadzenie niemieckich kobiet w zamknięty świat Zagłady było dla kierownictwa obozów koncentracyjnych ogromnym logistycznym wyzwaniem, a w niektórych przypadkach ten "eksperyment" po prostu się nie udał. Sami Niemcy nie przewidzieli tego, jak będą zachowywały się młode kobiety w zderzeniu z eksterminacją ludzi na masową skalę. A jak już wiemy, ich zachowanie pozostawiało wiele do życzenia... 

Bardzo młode i słabo wykształcone niemieckie kobiety dopuszczono do pracy z tysiącami więźniarek, zwożonych do obozów z różnych miejsc w Europie i kazano im zapanować nad taką sytuacją. To nie mogło się udać. Dramatycznym przykładem może być tutaj Irma Grese. Mając 20 lat, w 1944 roku otrzymała zadanie bycia odpowiedzialną za odcinek budowlany BIIc, w którym skoncentrowano na niewielkiej powierzchni około 25-30 tysięcy kobiet z Węgier. To liczba odpowiadająca prawie całej dzisiejszej populacji miasta Oświęcim! Do pomocy miała sześć innych nadzorczyń oraz lekarzy SS, którzy przychodzili robić selekcje na transport lub do gazu. Młody wiek tej nadzorczyni oraz jej emocjonalna niedojrzałość powodowały różne nietypowe sytuacje, pokazujące chęć Irmy Grese do przypodobania się więźniarkom, wchodzenie z nimi w zażyłe relacje, a co za tym idzie - ukazały jej zaburzone relacje służbowe. Pozwalanie więźniarkom na dotykanie ciała nadzorczyni i smarowanie jej pleców kremem do opalania, brzmią niczym koszmarny i niesmaczny żart, niż jak rzeczywistość pracy nadzorczyń obozowych.




Książka "Strażniczki terroru" jest ważna i bardzo dobrze, że się ukazała, bo brakowało tej kobiecej perspektywy sprawcy w badaniach Muzeum Auschwitz. Wciąż mam jednak niedosyt i wiem, że powinno się przeznaczyć nadzorczyniom osobne miejsce na nowej wystawie stałej, która jest projektowana w Muzeum Auschwitz. Dotychczas zwiedzający nie dowiadują się zbyt wielu informacji o kierownictwie tego obozu: brakuje perspektywy sprawców na obecnej wystawie i to musi się zmienić! Ale publikacja Sylwii Wysińskiej nie jest kierowana do każdego. To typowe, naukowe opracowanie z wieloma przypisami i obszerną bibliografią, a większość treści stanowią biografie ponad 170 nadzorczyń. Na jednym ze zdjęć pokazałam jaka część książki to ogólne informacje, a ile zajmują biogramy nadzorczyń i bibliografia. 

W dobie zalewu sztucznej inteligencji, wypaczającej wizerunki niemieckich sprawczyń z obozów oraz coraz to większej ilości kłamstw, przeinaczeń, hejtu oraz wizualnej fałszywej interpretacji dotyczącej nadzorczyń, książka "Strażniczki terroru" może być kierunkowskazem dla tych, co na pierwszym miejscu stawiają warsztat historyka-badacza, rzetelność oraz prawdę. I nie boją się powiedzieć na głos: "Sprawdzam!". 


Zobacz też: 

Komentarze


Popularne posty:

Translate