Irma Grese: piękna bestia z Birkenau

Piękna, smutna "bestia"

Opracowując swoją książkę o Irmie Grese zebrałam pokaźne archiwum prasowe. W swoich zbiorach mam też artykuły, które ukazały się w polskich czasopismach historycznych. Co pewien czas postać "dziewczyny w kraciastej spódnicy" przewijała się na łamach polskich gazet współczesnych, a większość tych artykułów dotyczyła... znanej wszystkim książki Daniela Patricka Browna pt. "Piękna Bestia". Po dwudziestu latach "obcowania" z Irmą Grese mogę napisać: książkę "Piękna Bestia" można śmiało... wyrzucić do kosza. 

Tak, w 2026 roku muszę się mocno uderzyć we własną pierś i jednocześnie "odszczekać" to, co pisałam przez ostatnie lata, zwłaszcza w 2008 roku, kiedy tą konkretną publikację (jeszcze w języku amerykańskim) uważałam za wiedzę absolutną na temat Irmy Grese i nadzorczyń obozowych. Nie wypuszczałam tej książki z rąk i napisałam na blogu, że "Piękna Bestia" autorstwa Browna jest jednym z najlepszych opracowań na ten temat. No, niestety - teraz musiałam sama siebie rozczarować otwarcie przyznając, że: nie jest najlepszym. 

W czasie wyjazdu do Amsterdamu, Irmę Grese znalazłam też w niderlandzkiej publikacji.
Gdziekolwiek bym nie pojechała, tam zawsze spotykałam twarz "dziewczyny w kraciastej spódnicy". Trzy słowa, którymi ją podsumowano: anioł, hiena, potwór. 2024.

Przychodzi taki moment w życiu człowieka, kiedy interesując się jakimś zagadnieniem, sam wreszcie powie: sprawdzam! W moim przypadku taki moment nadszedł w 2024, kiedy po powrocie z Niderlandów, podjechałam na dwa dni do Ravensbrück i tam, na wystawie "Im Gefolge der SS" niemalże przyrzekałam stojąc przed nadrukiem Irmy Grese z wystawowej planszy, że wrócę do tej tragicznej historii, aby dowiedzieć się wszystkiego, co wydarzyło się naprawdę - zwłaszcza w 1945 roku, na szubienicy w Hameln. Tego bałam się najbardziej, a przecież nie mogłam w nieskończoność uciekać przed bolącą przeszłością, która nie dawała mi spokoju od bardzo dawna. Do tej pory starałam się tłumić te myśli, chowając temat "Irma Grese" głęboko do szuflady w głowie, z adnotacją: "nie dotykać!".

Książka Daniela Browna zrobiła więcej złego niż dobrego. Ale widzę to dopiero dziś, w 2026 roku, po dwudziestu latach własnych badań nad tematem nadzorczyń. Nie twierdzę, że jestem alfą i omegą w tym zagadnieniu. Popełniłam wiele błędów po drodze i za niektóre z nich także przyszło mi zapłacić wysoką cenę. Może nie głową, ale doświadczyłam różnych nieprzyjemnych sytuacji. Bałam się wracać do tej historii, bo wiedziałam, co to oznacza. 

W 2024 roku zaczęłam zbierać wszelkie dostępne dokumenty na temat Irmy Grese.

Miałam kontakt z panem Brownem wiele, wiele lat temu. Z pewnością jego publikacja była jakimś impulsem, aby wyruszyć w długą podróż i zachęciła mnie do własnych badań, jak się okazało - na niekorzyść dla samego Browna. W 2008 roku nie umiałam jednak zweryfikować wszystkich podanych w książce informacji, a książkę brałam za rzetelne źródło wiedzy historycznej. Skoro napisał ją historyk i podane są w niej przypisy odnoszące się do innych publikacji i archiwów - co mogło być nieprawdziwe? A jednak, książka nie była aktualizowana od ostatniego wydania, czyli od 2004 roku! Przez ten czas wiele się zmieniło i dzisiaj jest już o wiele lepszy dostęp do archiwów i innych dokumentów. Te braki źródłowe wyraźnie widać w kolejnych wydaniach tego samego, starego tekstu z 2004 roku. 

Powrót do historii Irmy Grese może i oznaczał "włożenie kija w mrowisko", ale nie mogłam siedzieć obojętnie patrząc, w którą stronę zmierzają reakcje osób komentujących artykuły prasowe i wpisy na portalach społecznościowych. W lipcu 2024 roku, chodząc po pokoju na wystawie "Im Gefolge der SS" z planszą Irmy Grese, upewniłam się, że napisanie publikacji popartej autentycznymi dokumentami z przeszłości będzie najlepszym, co mogę zrobić dla samej Irmy Grese: mogę pokazać tę tragiczną historię poprzez źródła archiwalne oraz sprawdzić absolutnie wszystko, co jest dziś możliwe do sprawdzenia: zasoby prywatne i urzędowe, zeznania ocalałych, materiały archiwalne z Miejsc Pamięci, teczki procesowe oraz dokumenty egzekucyjne - taki był mój nadrzędny cel. 

Autobiografia Alberta Pierrepointa towarzyszyła mi w podróży do Londynu, gdzie mierzyłam się z trudną historią brytyjskich egzekucji metodą "długiego sznura", 2025.

Można dywagować, czy Irma Grese nosiła furażerkę przechyloną bardziej w lewą czy w prawą stronę, lub czy w celi śmierci śpiewała nazistowskie pieśni czy religijne psalmy. Ale nikt nie będzie dyskutował z dokumentami! Postanowiłam, że "wyrzucę do kosza" książkę Daniela Patricka Browna i ułożę tę opowieść całkiem od nowa - po swojemu. Byłam zadowolona, kiedy wyszłam z wystawy "Im Gefolge der SS", bo już miałam ułożony plan działania. Jednocześnie uświadomiłam sobie, że w lipcu 2024 roku w swoich zasobach miałam tylko kilka kopii dokumentów dotyczących Irmy Grese. Zdecydowanie za mało, aby opracować na ich podstawie obszerną publikację. Jak więc udało mi się pozyskać tak dużo pisemnych materiałów źródłowych? Gdzie i jak je znalazłam? O tym napiszę innym razem...

Zostawiam na blogu tekst wywiadu z Danielem Patrickiem Brownem z 2018 roku. W Polsce ukazało się kilka wznowień książki "Piękna Bestia" i za każdym razem jej autor był zapraszany do Polski na premierę. Podobnie było też w 2024 roku, kiedy to znowu zobaczyłam zdjęcie "dziewczyny w kraciastej spódnicy" patrzącej na mnie z książkowych okładek. 



Dla przykładu, wybrałam 5 zdań z wywiadu, w których Patrick Brown przytoczył tezy, które nie są zgodne z dzisiejszą wiedzą historyczna na temat obozu Auschwitz oraz pracą nadzorczyń.

1. "Odpowiadała za śmierć tysięcy ludzi, ale oczywiście nie sposób powiedzieć, ile dokładnie osób zamordowała". 
No cóż, rzeczywistość obozu Auschwitz wyglądała inaczej niż sądzi pan Brown. Naprawdę to nie było tak, że esesmani i nadzorczynie chodzili po obozie gdzie chcieli i strzelali do więźniów - kiedy tylko naszła ich na to ochota. Nawet pracownicy naukowi Muzeum Auschwitz to potwierdzili. Pan Brown uparcie trzyma się słów byłego więźnia, który powiedział, że Grese "wysyłała tysiące za tysiącami ludzi na śmierć". Idąc tym tropem, Irma Grese musiałaby być obecna na wszystkich selekcjach w całym obozie i osobiście wykonywać wszystkie egzekucje pod Ścianą Śmierci. Przede wszystkim trzeba pamiętać, aby powstrzymać się przed takimi histerycznymi osądami. 

Dokument podpisywany przez nadzorczynię wyraźnie informował, że: "Führer decyduje o życiu i śmierci wroga państwa. Dlatego też żaden narodowy socjalista nie ma prawa podnosić ręki na wroga państwa ani znęcać się nad nim fizycznie". Dokument wystawiony w obozie Flossenbürg, 5.9.1944 roku z podpisem nadzorczyni Hildegard Krüger.

Każdego pracownika czy to z SS, czy z SS-Gefolge obowiązywały ścisłe zasady i regulaminy. Nie można było od tak, nawet będąc nadzorczynią, zabić więźnia dla własnego widzimisię. W jednym z dokumentów, które podpisywały nadzorczynie (patrz zdjęcie) była informacja, że tylko Führer decyduje o śmierci więźnia, a karę chłosty musiał każdorazowo zaakceptować sam Himmler. Jeśli już mówimy o śmierci tysięcy ludzi w Auschwitz - owszem - ci ludzie szli prosto na śmierć w komorach gazowych. I rzeczywiście szli tysiącami. Jednak tutaj Irma Grese nie miała nic z tym do czynienia, gdyż nadzorczynie nie przeprowadzały selekcji bezpośrednio na rampach rozładunkowych. 

2. "Ta strażniczka naprawdę uwielbiała chodzić po obozie".
To zdanie nieco mnie rozśmieszyło. Co to znaczy "uwielbiała chodzić po obozie"? A co miała robić - latać na miotle? O to samo zapytano się jej w czasie procesu i przesłuchania sądowego. Czy lubiła chodzić po obozie w wysokich butach i z pejczem w ręku? No, chodziła w wysokich butach z pejczem w ręku, bo to była jej praca. Jej praca polegała na... chodzeniu. I to chodzeniu po naprawdę dużym obszarze, dlatego też czasami wsiadała na rower. Chodziła z różnymi komandami więźniarek, pracującymi na zewnątrz obozu Birkenau, chodziła po różnych odcinkach obozu Birkenau, chodziła wzdłuż obozu BIIc...  Kto dziś chociaż raz przespacerował się po tym miejscu wie, że trochę to trwa, zanim przejdzie się od bramy wejściowej do latryn, stojących obok rampy. Jeśli ktoś dopiero będzie zwiedzać teren Birkenau, mam propozycję: przejdźcie się od Bramy Śmierci, potem skręćcie w prawo na drogę do krematorium IV i V, potem pójdźcie na odcinek BIIc i przejdźcie całą jego długość, wracając tą samą drogą. Potem pogadamy, jak się udał spacer... 

3. "Wiele z nich nosiło na terenie obozów pistolety. Było to wbrew regulaminowi, ale nikt się tym nie przejmował".
Tutaj można też załamać ręce. To oczywiste, że nadzorczynie nosiły pistolety, bo miały do tego prawo. Jest to wyraźnie napisane w dokumentach obozowych, np. z Ravensbrück. Owszem, nie każda nadzorczyni miała pistolet, ale nie było to czymś niezwykłym. Zwłaszcza kierowniczki komand roboczych mogły mieć pistolety. Raczej nadzorczynie z nich nie korzystały i nie wyjmowały broni. Służyła ona do obrony własnej lub do postrzelenia (ale nie zabicia) więźniarki w czasie podjętej przez nią próby ucieczki. Był rzecz jasna jeden obowiązek: każda nadzorczyni, która miała mieć pozwolenie na noszenie broni palnej, musiała wcześniej ukończyć specjalne szkolenie strzelnicze. Ot, cała tajemnica - jeszcze nie odkryta przez pana Browna, ale życzę mu, aby szybko nadrobił te zaległości. 

Historia z nadzorczynią, która postrzeliła więźnia "
kompletnym przypadkiem", wydarzyła się na Majdanku, a nie w obozie Auschwitz. Nadzorczyni Anna David była pod wpływem alkoholu i zabawiała się, przystawiając broń do brzucha więźniarki funkcyjnej. Broń wystrzeliła, więźniarka zmarła, a nadzorczyni została ukarana... solidnym spoliczkowaniem. Więcej o pistoletach u nadzorczyń przeczytacie tutaj: Zabawy z bronią. Nadzorczynie strzelają...

4. "Faktycznie w całej historii ludzkości nie było chyba bardziej odrażającej pary kochanków".
Temat lekarza Josefa Mengelego i selekcji. Widać tutaj, że pan Daniel Brown gubi się w temacie. Muzeum Auschwitz już dawno wyjaśniło te kwestie. Nie ma żadnych dowodów na to, że Irmę Grese łączyły jakieś uczucia z oficerem SS i lekarzem obozowym, Josefem Mengele. Więźniowie mogli sobie patrzeć i plotkować, a nawet snuć domysły i własne projekcje, ale przecież nikt nigdy nie widział, aby te dwie osoby faktycznie miały się ku sobie. Każdy lekarz SS pełnił nadrzędną funkcję w obozie Auschwitz. Na każdej selekcji, czy to na rampach, czy wewnątrz obozu musiał być obecny jakiś lekarz SS. Kiedy Irma Grese pracowała w obozie BIIc, na selekcje przychodził albo Josef Mengele albo inny lekarz, który akurat otrzymał taki przydział. Irma Grese nie była "sklejona" na stałe z Josefem Mengele, jak to zazwyczaj pokazują filmy fabularne lub współczesne powieści książkowe, luźno inspirowane historią.   

Na pytanie: "Czy faktycznie stała (Irma Grese -przyp. aut.) przy boku Mengele w czasie selekcji, pan Brown odpowiada: "W zasadzie nie powinna tego robić - było to wbrew regulaminowi - ale czasem brała udział w selekcji. Uwielbiała to!". Nadzorczynie brały udział w selekcjach i sama Irma Grese o tym mówiła w czasie procesu sądowego i swojego przesłuchania. Chyba najlepiej wiedziała, czy brała udział w "paradach", jak nazywano selekcje, czy nie brała. No, ale się przyznała i dokładnie powiedziała, co wtedy robiła. Powiedziała, że przychodził lekarz (Josef Mengele), a ona wpisywała dane personalne wybranych więźniarek do księgi ze spisem stanu liczebnego obozu BIIc. Czasem też musiała chodzić i szukać więźniarek, które próbowały ukryć się w baraku, aby uniknąć selekcji. Przy selekcji pomagały też więźniarki funkcyjne. Więc Irma Grese raczej nie stała "jak kamień" u boku Mengelego, tylko była cały czas w ruchu. 

Wiadomo też, że nadzorczynie nie mogły osobiście dokonywać selekcji i wyboru więźniarek, czy to na transport do innego obozu, czy na "specjalne potraktowanie" (śmierć). Irma Grese powiedziała też w czasie swojego przesłuchania w sądzie, że każdy wiedział, co oznacza termin "SB" - specjalne potraktowanie. Wcale tego nie ukrywała i brawa za szczerość dla niej. Niestety ta szczerość kosztowała ją życie. Jeśli Irma Grese była odpowiedzialna za odcinek BIIc w lecie 1944 roku, miała obowiązek brać udział w każdej selekcji, bo taka była jej rola, jako nadzorczyni odpowiedzialnej za to miejsce. Tak więc pan Brown w tym wywiadzie niestety sam potwierdził, że nie wie, jakie obowiązki spoczywały na nadzorczyniach pełniących konkretne funkcje w obozie. I skąd wie, że Irma Grese uwielbiała być na selekcjach? Powiedziała mu to?

5. "Gdy ogłoszono, że zostanie powieszona, nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia".
Dziś wiadomo, że wydarzenia z sali sądowej wyglądały nieco inaczej i już po ogłoszeniu wyroku Irma Grese rozpłakała się w poczekalni i płakała już zapewne aż do 12 grudnia 1945 roku. Właściwie to z zeznań brytyjskich żołnierzy, pilnujących ją w Belsen w kwietniu 1945 roku, można wywnioskować, że od pierwszych godzin po aresztowaniu, Irma Grese płakała i pytała się, czy może być wypuszczona. Na podstawie zachowanych dokumentów, których pan Brown jeszcze nie przejrzał od 2004 roku, bo ich wciąż nie zna, maluje się zupełnie inny obraz młodej nadzorczyni - raczej przerażonej zaistniałą sytuacją oraz zmagającej się z własnymi lękami i strachem przed zbliżającą się egzekucją niż zatwardziałej nazistki o zimnych oczach. I jak to zazwyczaj bywa w życiu: prawda leży gdzieś po środku.

*

Chciałabym jeszcze nadmienić, że przy poszukiwaniu dokumentów oraz sprawdzaniu tych wcześniej dostępnych, nie ucierpiała żadna książka. Moje dwa egzemplarze publikacji "Piękna Bestia" autorstwa Daniela Browna wciąż znajdują się na domowym regale. Obydwie książki, zarówna ta w wersji amerykańskiej z 2004 roku i w wersji polskiej z 2024 roku, są częścią mojej kolekcji i mają dla mnie wartość sentymentalną. Ale już nie merytoryczną.

Zobacz też:

Komentarze


Popularne posty:

Translate