5 wartości, których nauczyła mnie Irma Grese

Zmarli, którzy uczą wartości życia

Długo spacerowałam w lipcu 2026 roku po zacisznych alejkach cmentarza "Am Wehl", rozmawiając w myślach z Irmą Grese. Właściwie przez cały tydzień, który spędziłam w mieście Hameln, zdążyłam już "wydeptać" konkretną ścieżkę między dawnym więzieniem, katedrą a leśnym cmentarzem. W czasie tych spacerów lub rowerowych przejażdżek, sporo myśli pojawiało mi się w głowie, które próbowałam usystematyzować i ułożyć w logiczną całość. Nie chciałam dać się porwać wewnętrznej rozpaczy, przeglądając zachowane dokumenty egzekucyjne oraz ekshumacyjne, w których z medyczną precyzją podano szczegółowe opisy ludzkich kości, wydobytych z ziemi na małym więziennym dziedzińcu w marcu 1954 roku. 

Zmarli są najlepszymi nauczycielami dla żyjących. Aby ich zrozumieć trzeba umieć wsłuchać się w słowa, odcinając od siebie wszelki szmer codzienności. Ale bywa też i tak, że ta ludzka codzienność staje się inspiracją do nawiązania dialogu na granicy świata żywych i umarłych. 

Od dwóch lat w polskich szkołach realizowany jest program przeciwdziałania przemocy rówieśniczej. Takie są czasy, w których przyszło nam żyć: wszechobecny hejt i nienawiść wobec drugiego człowieka rozlewa się po internetowych stronach. Kiedy rok temu siedziałam na szkolnym apelu słuchając, co mówią do uczniów inni nauczyciele na temat owej przemocy, zdałam sobie sprawę, że jest ktoś, kogo dobrze znam, a kto doświadcza niewyobrażalnego hejtu i nikt na to nie reaguje. 

Trudno jest stanąć przed grupą agresorów, wypowiadając na głos swój sprzeciw. Tym trudniej zrobić to, gdy hejt dotyka osobę zmarłą. Jak pomóc i jak reagować na nienawiść kierowaną w jej stronę? Kiedy jechałam w lipcu do Hameln, gdzieś w tyle głowy miałam słowa Mariana Turskiego: "Nie bądź obojętny!". Postanowiłam zastosować tzw. "Jedenaste Przykazanie", a tym samym stanąć w obronie Irmy Grese, hejtowanej od lat na platformach społecznościowych oraz wyszydzanej w publikacjach książkowych.


Przeszłość wciąż boli

Prawda jest taka, że będąc w Hameln i stojąc na kwaterze CIII, przeprosiłam Irmę Grese za to, co dzieje się w przestrzeni Internetu oraz na półkach polskich księgarni. Nie wiem, jaka jest sytuacja w innych krajach, ale wstyd mi za to, w jakim kierunku idzie pamięć dotycząca sprawców Zagłady, a raczej jej... sprawczyń. Myślę, że ani Irma Grese, ani tym bardziej ja sama, nie wyobrażałyśmy sobie tego, że po 80 latach od czasu jej śmierci, trzeba będzie upominać ludzi w Internecie oraz pisać maile do wydawnictw, aby podjąć działania przeciwko przemocy słownej stosowanej wobec zmarłej osoby i jednocześnie postaci historycznej. Zakłamywanie faktów, przeinaczanie historii, szkalowanie ofiar oraz sprawców, seksualizacja egzystencji obozowej, filtry sztucznej inteligencji w filmach, książkach czy artykułach prasowych - oto rzeczywistość pamięci Zagłady XXI wieku.

Przykładów zaistniałego problemu wcale nie trzeba aż tak daleko szukać. Publikacje z kategorii "holo-polo" zalewają księgarskie półki. "Szmira z Auschwitz" z obozowym pasikiem na okładce wciąż jest dobrze sprzedającym się produktem dla mas. Chęć komercjalizacji przemocy oraz pieniężnego zysku wygrywa z prawdą historyczną... Na portalach społecznościowych pojawiają się dziesiątki wpisów o wątpliwej jakości merytorycznej. Często są to artykuły błędnie tłumaczone z zagranicznych stron lub publikacji. Ich autorzy nie prowadzą własnych badań naukowych, przepisują bezmyślnie to, co ktoś inny stworzył. Teksty zawierają w sobie silny ładunek emocjonalny, podkreślający przemocowe zachowania nadzorczyń wobec więźniarek lub przedstawiają fałszywe opisy egzekucji, które mają szokować czytelnika. Osobiście staram się nie komentować tego typu wpisów, gdyż dyskusja z osobami nie mającymi odpowiedniej wiedzy historycznej, po prostu nie ma sensu. 


Jeśli jednak sprawdzę, że artykuł w gazecie historycznej napisał pracownik naukowy polskiej instytucji rządowej, a w tekście znajdę rażące błędy - wówczas reaguję, kontaktując się bezpośrednio z autorem poprzez wiadomość mailową. W 2025 roku w polskim czasopiśmie "Polska zbrojna. Historia" ukazał się artykuł "Piękna bestia - barbarzyńska nadzorczyni SS z KL Auschwitz".  Tekst został napisany na podstawie książki Daniela Patricka Browna "Piękna bestia", która jak już wcześniej wspominałam na blogu - zawiera wiele błędów merytorycznych! Skontaktowałam się z autorem, pracownikiem naukowym IPN i wypisałam wszystkie nieprawdziwe informacje, powielone na podstawie książki zagranicznego autora.

Między 2025 a 2026 rokiem opublikowano w Polsce kilka tekstów prasowych lub książkowych, w których pojawiła się postać Irmy Grese. Wszystkie te teksty zawierały treści o mocnym zabarwieniu szkalującym, seksualizującym oraz zniekształcającym prawdę historyczną. Na każdy z tego typu artykułów próbowałam osobiście zareagować pisząc maile do autorów lub do wydawnictwa albo przedstawiając problem na blogu - tym samym zwracając uwagę na zaistniały problem. Nie zamierzam milczeć, gdyż byłoby to moim przyzwoleniem na szerzenie tego typu fałszywych merytorycznie i kłamliwych publikacji. A przecież jako jedna z niewielu osób w Polsce zajmuję się badaniem problematyki sprawczyń Zagłady. W pewnym sensie jestem za nie odpowiedzialna. Tym samym, brak reakcji oznaczałby moją cichą akceptację wobec podważania moich własnych badań - brzmi to absurdalnie!

Jest taka przeszłość, która wciąż boli i jest taki hejt, który zabija. Zagubienie, samotność, utrata tożsamości w morzu słownej krytyki - to rzeczywistość, z którą musi się mierzyć zmarła Irma Grese, a ja mam wrażenie, że jestem obserwatorem tego strasznego spektaklu nienawiści. 

Kim jest "Panna Nikt"?

W 1996 roku ukazał się w Polsce film pt. "Panna Nikt" w reżyserii Andrzeja Wajdy. Przedstawiona w nim historia młodej dziewczyny ze wsi, która po rozpoczęciu nauki w szkole w mieście próbuje dopasować się swoim zachowaniem do koleżanek, wzbudziła we mnie niepokojące uczucia. Filmowa historia, oparta zresztą na książce Tomasza Tryzny, mocno zapadła mi w pamięć, a dziś przypomina mi nawet tragiczną historię życia i śmierci Irmy Grese. Podobnie jak filmowa Marysia, także Irma po opuszczeniu rodzinnej wioski, próbowała dopasować się do oczekiwań "wielkiego świata", chcąc przypodobać się różnym grupom społecznym. Niskie poczucie własnej wartości, potrzeba kontroli sytuacji oraz nieumiejętność wejścia do grupy rówieśników skutkowały dużymi problemami społecznymi oraz zaburzonymi relacjami służbowymi u młodej nadzorczyni z Auschwitz. Obłęd i fiksacja, w którą coraz głębiej zapadała się główna bohaterka filmu "Panna Nikt", a także utrata stabilności emocjonalnej, zaprowadziły ją do dramatycznego końca. Tak samo stało się z Irmą Grese, dziewczyną osądzoną na oczach świata i powieszoną za udział w niewyobrażalnej zbrodni.   


To, co pisze się o Irmie Grese na portalach społecznościowych lub we współczesnej prasie, to pierwsze dno problemu. Ale drugie, znacznie głębsze dno, znajduje się w sekcji komentarzy. Tam puszczają wszelkie hamulce etyki czy moralności. Przeglądając wybrane wpisy na temat "sadystycznej nadzorczyni bijącej ofiary celofanowym pejczem", chcąc nie chcąc zaglądałam także w komentarze, a tam... otarłam się o prawdziwe piekło nienawiści oraz hejtu.

I jak to zazwyczaj u mnie bywa, inspiracja do postów na bloga przychodzi niespodziewanie, pod wpływem przeczytanej informacji, na przykład takiej w postaci czyjegoś komentarza. Paweł Sawicki z Biura Prasowego Muzeum Auschwitz powiedział na jednej z konferencji, że kolekcjonuje obozowe obrazki wykreowane przez sztuczną inteligencję. Poszłam za jego przykładem i również zaczęłam kolekcjonować specyficzne obrazki: screeny z hejterskimi komentarzami stosowanymi wobec Irmy Grese. 

Wśród nich znajduje się także ten, napisany 28 września 2025 roku i zamieszczony pod postem na temat Irmy Grese należącym do profilu "WielkaHistoria.pl". Warto wczytać się w jego treść - pokazuje bowiem podejście większości osób do tematu wydarzeń historycznych, sprawców oraz... osób zmarłych. 

Po pierwsze: autor uważa, że dyskusja pod postem jest "idiotyczna". Po drugie: stwierdza, że Irma Grese jest "NIKIM". Po trzecie: nie widzi sensu zajmowania się tym tematem, gdyż jest to historia, a samą Irmę Grese określa mianem... "gówna". Po czwarte: według autora nie ma znaczenia, czy Irma Grese komuś pomogła w obozie, czy nie - w ogólnym rozrachunku zbrodni takie detale nie mają już znaczenia. I po piąte: czuć satysfakcję autora, że Irma Grese "na szczęście NIE ŻYJE". Ale na szczęście dla kogo? Może dla samego autora?


Tak się składa, że tematem Irmy Grese zajmuję się od 20 lat - czasem z lepszym, czasem z gorszym rezultatem. Przez ten długi czas myślę, że obie zdążyłyśmy się już dość dobrze "poznać". Są więc osoby, które badają czyjąś biografię przez dziesiątki lat, co oznacza dla nich bardzo daleką oraz wyboistą drogę do poznania prawdy. Na tym polegają badania historyczne: na poznawaniu człowieka, który ma już status "postaci historycznej", bo nie żyje od wielu lat. Irma Grese nie jest osobą anonimową. Jej twarz była pokazywana całemu światu od połowy 1945 roku i do dnia dzisiejszego wciąż wywołuje skrajne emocje, co zresztą ma swoje odzwierciedlenie we współczesnych komentarzach. Już sama ich ilość świadczy o tym, że ludzie chcą na ten temat rozmawiać, a więc dyskusja jest potrzebna.

Jeśli nie ma się niczego mądrego do powiedzenia, określa się człowieka mianem "gówna", chociaż to także jest forma przemocy słownej. Można wyraźnie napisać, że potępia się czyjś udział w zbrodni, ale za każdą zbrodnią stoi człowiek z jego osobistą historią życia, doświadczeniami, a także wyborami, które doprowadziły go do miejsca tragicznego przeznaczenia. I właśnie ta droga życia zbrodniarza może być nieustającym polem badań dla historyków, etyków, psychologów...  

Detale zawsze mają znaczenie i wiedzieli to już sami więźniowie obozów koncentracyjnych. Każdy minimalny gest empatii niemieckiego strażnika względem więźnia był natychmiastowo wyłapywany przez osadzonych. Często podkreślała to w wywiadach Zofia Posmysz, która będąc w obozie Auschwitz szukała w Niemcach śladów dobra i to utrzymywało ją w nadziei, że ma do czynienia z prawdziwymi ludźmi, a nie z "potworami". W swojej książce "Schnell!" zamieściłam niezwykły fragment wspomnień polskiego więźnia, którego Irma Grese poczęstowała bułką z dżemem. Tak więc każdy najmniejszy kawałek chleba dany więźniowi ręką zbrodniarza, był niemalże cudem i gestem człowieczeństwa na arenie "odbytnicy świata".

I jeszcze raz podkreślę: to, że Irma Grese już nie żyje, nie oznacza, że nie jest świadoma tego, co dzieje się wobec jej osoby w dzisiejszym świecie! Zmarli nie znikają w jakiejś tajemniczej otchłani, tym samym tracąc bezpowrotnie wzrok i słuch. Owszem, ich zmysły nie funkcjonują tak, jak za ziemskiego życia, ale muszę tutaj mocno rozczarować tych, co naśmiewają się ze zmarłych oraz z samej Irmy Grese: po tej "drugiej stronie" ludzie tracą swoje cielesne powłoki, ale zyskują coś znacznie cenniejszego: są bardziej świadomi tego, co dzieje się wokół ich osoby, a także doskonale wiedzą, co żywi o nich mówią, co na ich temat myślą i co dla nich robią. Teraz perspektywa wygląda zupełnie inaczej i robi się mało zabawnie, prawda?   


Każdy ma swoją "wieżyczkę wartowniczą"

W drugiej połowie 1945 roku, serce Batshevy Dagan, byłej więźniarki Auschwitz, również było przepełnione nienawiścią i pogardą, skierowaną w stronę Irmy Grese. Nie mogła spotkać się z nią osobiście w czasie procesu sądowego, więc swoje emocje i myśli przetopiła w pisane słowa - zamieszczone na łamach izraelskiej prasy. Z biegiem lat, kiedy ostygły dawne emocje, Batshevę Dagan dogoniły niepokojące obrazy z przeszłości, która wciąż bolała. Może to właśnie wtedy zrozumiała, że nie ucieknie przed Irmą Grese?

W 2026 roku Batsheva Dagan przekazała do Muzeum Auschwitz miniaturowe pantofelki, wykonane w obozie przez jedną ze współwięźniarek. Podobno dając Batshevie Dagan ten mały upominek, jej obozowa koleżanka powiedziała: "Żeby one ciebie na wolność zaniosły". Pantofelki spełniły swoje zadanie, Batsheva Dagan przeżyła Auschwitz, a pantofelki "zaniosły" ją po wojnie aż do Izraela, w którym zamieszkała i założyła rodzinę. Odbierając podarunek w 2016 roku, dyrektor Muzeum, dr Cywiński powiedział: "- To bardzo symboliczny dar. Oby te pantofelki, które zgodnie z życzeniem ich twórczyni wyprowadziły Batszewę Dagan na wolność, uwolniły nas wszystkich od niepamięci, która tak bardzo utrudnia nam zrozumienie naszej wielkiej odpowiedzialności za przyszłość tego świata". 

Dyrektor Cywiński wielokrotnie w wywiadach oraz własnych publikacjach, porównywał brak badań nad sprawcami Zagłady do wejścia na wysoką wieżyczkę wartowniczą. Nie każdy bowiem jest gotowy na to, aby "wejść w buty" sprawców i popatrzeć na Zagładę ich oczami. Jeśli już się to uda, zmienia się perspektywa patrzenia na wydarzenia z przeszłości. Wówczas ma się lepszy ogląd całości. Zaczyna rozumieć się więcej i czuć bardziej. 

To też jest prawda o nas, ludziach. Im więcej czasu upływa od rozpoczętego konfliktu, tym mniej pamiętamy, czego właściwie dotyczyła kłótnia. Batsheva Dagan musiała zmierzyć się ze swoją "wieżyczką wartowniczą" dokonując trudnej autorefleksji. W czasie dalekich podróży, Batsheva Dagan zrozumiała, że słowa nienawiści skierowane do Irmy Grese w 1945 roku, ranią ją samą na tyle mocno, że nie pozwalają na pogodzenie się z przeszłością i własną traumą. Ta droga na górę trwała wiele lat. Zapewne wciąż w myślach rozmawiała z Irmą Grese, próbując spojrzeć na minione wydarzenia oczami sprawcy. Co zobaczyła stojąc już na szczycie i patrząc w dół? Tego nigdy się nie dowiemy, gdyż są sprawy na tym świecie między dwiema osobami, których nie powinno się pokazywać publicznie. Jedno jest pewne: za każdym razem, kiedy Batsheva Dagan kończyła opowiadać swoje świadectwo o przetrwaniu lub żegnała się w rozmowie telefonicznej, wypowiadała słowo: "Shalom!".     


5 wartości, których nauczyła mnie Irma Grese

Od 20 lat jestem w dalekiej podróży z Irmą Grese. Miejsca, do których dotarłam oraz ludzie, których spotkałam na swojej drodze byli dla mnie wsparciem, a także kierunkowskazem do przejścia trudnego i mało uczęszczanego szlaku. Każdy z nas potrzebuje opamiętania: aby nie zejść z bezpiecznie wytyczonej trasy; aby przypomnieć sobie, co jest w życiu najważniejsze. Dzisiejszy świat potrzebuje opamiętania i refleksji. Zmarli pomagają żyjącym "stanąć w prawdzie". Nawet jeśli ta prawda nie jest wygodna. Przychodzi też taki moment, w którym trzeba przestać mówić, a zacząć słuchać. I tego też uczą nas zmarli: umiejętności słuchania.

Pozwólcie, że opowiem wam 5 historii z rodzaju "making of", które działy się w tle mojej wieloletniej działalności blogowej oraz z czasu pisania książki "Schnell!". To takie opowieści zza kulis, kiedy nie widać bąbli na stopach i nie czuć obolałych nóg, oglądając zdjęcia z czyjejś podróży. Każde z tych wspomnień zawiera w sobie pewną wartość, której nauczyła mnie Irma Grese w czasie naszej wspólnej, dalekiej wędrówki. 


1. Aby mieć oczy zawsze otwarte i czujne
O karcącym spojrzeniu

Ten blog, który teraz czytacie, prawdopodobnie nie powstałby, gdyby nie Irma Grese. To był właściwie jej pomysł, a raczej podpowiedź wobec moich wewnętrznych rozterek, z którymi zmagałam się w czasie studiów w Muzeum Auschwitz. Nie da się ukryć, że to właśnie o niej był mój pierwszy blog z 2007 roku, którego nazwa brzmiała... "Schnell". W 2012 roku mój blog o Irmie Grese został zlikwidowany z powodu zakończenia działalności platformy blogowej "blog.pl". Dziś z perspektywy 20 lat sama wciąż się dziwię, że założyłam bloga z nazwą nawiązującą do ostatnich słów, które ktoś wypowiedziała dawno temu na kilka sekund przed własną śmiercią - stojąc na szubienicznej zapadni. Sami przyznacie - to było dość nietypowe... A jednak, zastanawiając się nad tytułem bloga, usłyszałam w tyle głowy to krótkie słowo, stwierdzając, że pasuje idealnie do mojej internetowej twórczości: było krótkie i chwytliwe, łatwe do zapamiętania, a jednocześnie intrygujące, bo po niemiecku. 

Dlaczego "schnell"? Co to słowo oznacza? Kto je wypowiedział i w jakim kontekście? Irma Grese nie chciała pośpieszać swojego kata Pierrepointa, gdyż ten był mistrzem w swoim "fachu". I sam wiedział doskonale, że każda sekunda na szubienicznej zapadni dłuży się skazanemu niczym niekończąca się psychiczna tortura... Nie ma chyba na tym świecie nic straszniejszego dla człowieka, kiedy ten stoi na szafocie, czekając aż śmierć przyjdzie do niego w ciągu kilku najbliższych sekund: w postaci zaciśniętego wokół szyi grubego sznura, otwierającej się zapadni, ołowianych kul przeszywających jego ciało lub języków ognia, powoli spopielających jego fizyczną powłokę. I wcale się nie dziwię, że Irma Grese wypowiedziała to jedno konkretne słowo: pokazuje ono z jaką psychiczną agonią musieli się mierzyć ludzie umierający na brytyjskiej szubienicy w Hameln. I to słowo przeraziło mnie najbardziej. 


W pewnym sensie to Irma Grese w 2018 roku uratowała moją działalność internetową. Nie planowałam wznawiania bloga o nadzorczyniach. Chociaż wcześniej miałam grono stałych czytelników, niektóre negatywne opinie i komentarze w Internecie skutecznie zniechęciły mnie do dalszego pisania na platformach blogowych. Wszystko zmieniło się, kiedy spróbowałam "odnowić" swoją znajomość z Irmą Grese w czasie studiów podyplomowych w Muzeum Auschwitz. W książce "Schnell!" napisałam, że poszłam na teren obozu BIIc, aby z nią porozmawiać i to była prawda. Chyba potrzebowałam odgórnej zgody lub akceptacji kogoś, kogo znałam i kto był "po drugiej stronie", aby wrócić do twórczości internetowej. 

Opracowywałam wtedy publikację o nadzorczyniach, regularnie jeździłam do Ravensbrück, ale czegoś mi brakowało. Coś nie dawało mi spokoju. Chciałam mieć swoją przestrzeń do pracy i badań. Patrzyłam na pracowników Muzeum, trochę im zazdroszcząc: że mają stały dostęp do terenu byłego obozu, że mogą siedzieć w biurze i pisać książki, że w każdej chwili mogą dotknąć prawdziwych dokumentów. Pisałam publikację o nadzorczyniach, ale nigdy nie byłam w żadnym archiwum ani nie prowadziłam kwerend naukowych. Co ze mnie za badacz Zagłady? Czułam się tym rozżalona. Jak miałam poznać nadzorczynie, nie mając wglądu w ich dokumenty? Pewnego dnia byłam w muzealnej bibliotece i czekając na zamówione książki, wzięłam do ręki segregator, który leżał na półce. W środku znalazłam poukładane w koszulkach wycinki prasowe na temat nazistowskich sprawców. Chyba nie muszę dopowiadać, że było to dla mnie niczym odkryty skarb. Usiadłam na wykładzinowej podłodze, gdyż tak było mi wygodnie i powoli przeglądałam zawartość segregatora, aż nagle napotkałam karcące spojrzenie dużych błyszczących oczu, wpatrzonych wprost na mnie! Patrzyły na mnie oczy Bazyliszka, Upiora z pejczem, Blond Bestii, mitycznej Gorgony o wężowych włosach... Odruchowo cofnęłam się od segregatora, niczym oparzona. Karcący wzrok Irmy Grese wykrzyczał mi prosto w twarz: "Udajesz, że mnie nie widzisz?!". 

Przeszła mi nawet przez głowę myśl, aby otworzyć okno i wyskoczyć, pobiec natychmiast do pokoiku hotelowego i nakryć się kocem. Ale miałam 34 lata i byłam już dorosłą osobą w pełni poczytalności umysłowej, dlatego też nie wyskoczyłam, bo widok kobiety wyskakującej z okna parteru ceglanego bloku w Muzeum Auschwitz musiałby z pewnością wzbudzić zaniepokojenie u turystów, którzy w równych grupach przechodzili w niedalekiej odległości. Zrobiłam natomiast zdjęcia stron znalezionego artykułu prasowego z 1995 roku, autorstwa Katrin Karmann, po czym ostrożnie zamknęłam segregator i odłożyłam na miejsce. Siedząc już na sali wykładowej nie mogłam się za bardzo skupić. Cały czas dźwięczały mi w uszach słowa Irmy Grese. I co chyba było najgorsze: miała rację. To nie było pytanie, tylko stwierdzenie faktu. Bowiem ze wszystkich sił starałam się o niej nie myśleć będąc w Muzeum Auschwitz. 


"Zawsze miałam oczy otwarte" - tak powiedziała Irma Grese w czasie swojego przesłuchania w sądzie w 1945 roku i dziś, 80 lat później, mam wrażenie, że wciąż ma swoje oczy bardzo, bardzo szeroko otwarte. Nic nie ujdzie jej uwadze. Poszłam z nią "porozmawiać" w znanym nam obu miejscu: przy "drzewie poznania dobra i zła", które rośnie w dawnym obozie BIIc. Kiedy już się tam jest, można zobaczyć kolumny turystów idące wolno w tę i w tamtą stronę. Można prowadzić obserwację ludzi, nie będąc przez nich zauważonym, chowając się za pniem dzikiej jabłonki. Może właśnie wtedy, dzięki Irmie Grese, wreszcie przejrzałam na oczy. 

W grudniu 2017 roku powiedziałam jej, że wznowię działalność blogową, ale nic nie obiecuję. Nie wiedziałam, czy jej pomysł w ogóle wypali i czy znowu nie wystawię się na krytykę. Chciałam uniknąć nieprzyjemnych sytuacji z poprzednich lat. Na moje pytanie: "O czym mam pisać na tym blogu?", otrzymałam krótką odpowiedź: "O wszystkim". I tak właśnie wygląda ten blog, który powstał w styczniu 2018 roku: jest o nadzorczyniach, ale piszę też o wszystkim innym, co tyczy się wydarzeń historycznych, pamięci, sztuki popularnej, literatury, filmu oraz kwerend archiwalnych. Po latach, napisałam ponad 650 postów, wzięłam udział w kilku konferencjach, audycjach radiowych, publikacjach książkowych oraz produkcjach filmowych. Od czasu mojej rozmowy z Irmą Grese w obozie BIIc minęło już osiem lat, a ja wciąż staram się mieć oczy zawsze otwarte i  czujne, aby móc zaświadczyć prawdę.   


2. Aby odnaleźć w sobie odwagę stanięcia na zapadni
O błogosławiących rękach

Zawsze czułam respekt wobec Alberta Pierrepointa. To dziwne, przecież nie znam gościa. Nigdy go nie spotkałam, a nawet jeśli miałabym go spotkać - zapewne nasza "znajomość" trwałaby kilkadziesiąt sekund i zakończyłaby się bez happy endu dla mnie. Zawsze bałam się śmierci na szubienicy. To irracjonalne bać się czegoś, co ma naprawdę niewielki procent możliwości spełnienia się, zwłaszcza w cywilizowanej części świata w XXI wieku. I naprawdę bardzo mało prawdopodobnym byłoby to, że pewnego dnia przyjedzie w odwiedziny jakiś Brytyjczyk i postawi mnie na zapadni, zakładając mi biały worek na głowę. 

A jednak przez lata swojego dzieciństwa i młodości bałam się absolutnie wszystkiego, co kojarzyło mi się z szubienicą: kapturów zakładanych na głowę, drewnianych pomostów, które mogły pęknąć pod moimi nogami, a przede wszystkim bałam się... grubych lin zwisających z sufitu i taka też lina zamocowana była na sali gimnastycznej w szkole podstawowej, do której chodziłam jako dziecko. W czasie ćwiczeń nawet nie zbliżałam się do tej części sali, gdzie z sufitu zwisała gruba lina. Na jej końcu był węzeł, a dzieciaki czasami traktowały tę linę jak świetny przyrząd do huśtania - jeśli tylko nie widział tego nauczyciel. Starałam się ani nie patrzeć w jej stronę, ani jej nie dotykać. To była taka moja ustalona strefa "no-go". 

I windy - jeżdżące na stalowych linach w ciemnym tunelu małe, ciasne i chwiejące się klatki powodowały u mnie - za każdym razem, kiedy do nich wchodziłam -  wzmożoną chęć modlitwy o przeżycie. Trzydzieści sekund jazdy dłużyło się w nieskończoność, a ja - patrzyłam z coraz większym przerażeniem na migające numery mijanych pięter. Właściwie wchodząc do jakiejkolwiek windy, w głębi swojego serca żegnałam się już z doczesnym życiem, a w pewnym momencie mój strach przed windami był na tyle silny, że wolałam iść pieszo schodami na dziesiąte piętro, kiedy przyjeżdżałam w odwiedziny do kogoś ze swojej rodziny, kto akurat mieszkał w bloku na wyższym piętrze. Na moje własne szczęście mieszkałam na parterze, a windy w swoim dziesięciopiętrowym bloku omijałam szerokim, bardzo szerokim łukiem. 


Strach przed windami wrócił na krótką chwilę w 2020 roku, kiedy umówiłam się na spotkanie z Karoliną Sulej, aby opowiedzieć jej o... Irmie Grese. Wzięłam ze sobą ciężkie segregatory i książki, które obiecałam jej pożyczyć do zapoznania się z tematem. Wcześniej odbyłyśmy już jedno czterogodzinne spotkanie w kawiarni, a na dokończenie rozmowy, Karolina zaprosiła mnie do swojego mieszkania. Podjechałam rowerem pod blok, wyjęłam z sakw ciężkie torby z dokumentacją i weszłam do kilkupiętrowego bloku. Weszłam i na chwilę przystanęłam w bezruchu, bo zobaczyłam starą windę. Taką w stylu retro, w której są podwójne drzwi: jedne główne i w środku jeszcze dodatkowe, które trzeba zamknąć, aby winda ruszyła. Przez chwilę rozeznawałam, czy wybrać windę czy schody, ale jako że miałam naprawdę ciężkie torby - postanowiłam wybrać... tak, dobrze myślicie - windę.  

Wsiadłam, wpakowałam swoje torby, zamknęłam jedne drzwi, zamknęłam drugie drzwi, wybrałam guzik z numerem piętra na wyświetlaczu i winda ruszyła. Ruszyła, ale po jakimś czasie stanęła, potem znów ruszyła i znów stanęła. W czasie kilkudziesięciu sekund dwa razy pożegnałam się z życiem i zdążyłam jeszcze pomyśleć, że to szkoda umierać w takim momencie, kiedy miałam dać Karolinie do jej książki "Rzeczy osobiste" materiały dotyczące rozdziału o Irmie Grese. Prawdopodobnie miałam do przejechania cztery piętra, ale nie dotarłam do celu za pomocą windy, bo w przypływie paniki otworzyłam drzwi na niższym piętrze, szybko wyrzucając swoje torby na klatkę schodową, po czym - trzęsąc się ze zdenerwowania - dotarłam pod drzwi mieszkania Karoliny, owszem - pieszo. Chyba nie muszę dodawać, jaką minę miała Karolina, słuchając z wyższego piętra moje szamotanie się z windą. "Ja zawsze mam jakiegoś pecha do wind..." - wymamrotałam pod nosem i ciągnąc torby weszłam do mieszkania, aby dokończyć opowieść o powieszonej dziewczynie.    


Co się odwlecze, to nie uciecze... W lutym 2025 roku musiałam pokonać swój dziecięcy strach i stanąć na zapadni. Tej prawdziwej i szubienicznej. I siłą rzeczy musiałam patrzeć na grube liny zwisające z sufitu, zakończone takim samym węzłem, jak lina z sali gimnastycznej z mojego dzieciństwa. I nawet już wiem, jaka byłaby moja ostatnia świadoma myśl na tym świecie, gdybym naprawdę została siłą zaprowadzona na szubieniczną zapadnię. Kiedy weszłam do drewnianego pawilonu zwanego "Muzeum więzienia Wandsworth", od razu zobaczyłam te liny i pomyślałam: "Jakie one są grube!". I w tym momencie światło by zgasło, bo na moją głowę założono by ten nieszczęsny kaptur, a ręce jakiegoś człowieka zacisnęłyby mi jedną z tych grubych lin wokół szyi. I dobrze wiem, że zanim ta zapadnia by się otworzyła, już miałabym wrażenie spadania w dół na wzór szybkiej jazdy winą z urwanymi linkami.

Niezbadane są ścieżki życia i śmierci. Kto by pomyślał, że mój dziecięcy lęk przed śmiercią na szubienicy będzie miał swój finał w dalekim Londynie, w jakimś drewnianym pawilonie, w którym spotkałam się z katem Albertem Pierrepointem, a dokładniej z jego gipsową twarzą oraz rękami. Tymi samymi rękami, które 13 grudnia 1945 roku niebezpiecznie przybliżyły się do twarzy Irmy Grese, zakładając jej na głowę i biały kaptur i grubą linę. Potem włączyły guzik na wyświetlaczu, a winda zjechała bardzo szybko w dół.

Podobnie jak Irma Grese na kilka chwil przed swoją śmiercią, również i ja rozejrzałam się z ciekawością po tym nietypowym "pokoju egzekucyjnym". I zauważyłam, że oprócz Alberta Pierrepointa, był tam ktoś jeszcze, kto z uwagą patrzył się na mnie z fotograficznego wydruku: Edmund Paton-Walsh, kierownik Sekcji Karnej w Sojuszniczej Komisji Kontroli Niemiec. "Sami znajomi" - pomyślałam. Chociaż, tak szczerze, naprawdę nie chciałabym znać ani pana Pierrepointa ani pana Paton-Walsha. Wolałabym też, aby te nazwiska nic a nic mi nie mówiły. Co gorsza, była tam trzecia osoba, której obecność okazała się kluczowa dla wydarzeń z 13 grudnia 1945 roku: doktor Francis Edward Buckland, którego raport medyczny z zapisem pulsu Irmy Grese miałam ze sobą w wydrukowanej wersji i przekazałam bezpośrednio do rąk Stewarta McLaughlina, kustosza więziennego muzeum. 

Oprócz archiwalnego raportu, pan McLaughlin został przeze mnie obdarowany polskim "Ptasim Mleczkiem", a kiedy popatrzył na pudełko jego twarz wyraźnie pojaśniała. Z początku nie rozumiałam, skąd taka radość w oczach kustosza. Z powodu czekoladek? Zapewne też, ale pan McLaughlin pokazał mi datę wydrukowaną na opakowaniu: 1851. Jak się okazało, w tym konkretnym roku otwarto w Londynie więzienie Wandsworth. Świat jest naprawdę mały!


Jak się domyślacie: przeżyłam swoją "egzekucję" i spotkanie z Albertem Pierrepointem. I nic złego mi się nie stało! Inaczej nie czytalibyście tego wpisu. Mówi się, że strach ma wielkie oczy. Ale przychodzi taka chwila, kiedy trzeba odważnie stanąć na zapadni swojego życia, licząc na to, że nikt nie wciśnie tego guzika, nie pociągnie wajchy, a stalowe linki w windzie nie urwą się, porywając nas w otchłań ciemności. Ręce Pierrepointa zamknięte w szklanej gablotce - nikogo dziś nie straszą. Nigdy już nie założą białego kaptura na głowę skazańca. 

Kiedy pan McLaughlin zwrócił mi uwagę na archiwalne zdjęcie, na którym obok siebie stoi Albert Pierrepoint i jego wuj, Thomas Pierrepoint, musiałam uklęknąć na ziemi, tuż pod grubymi linami i stryczkiem, aby się mu dokładnie przyjrzeć - było bowiem dość nisko umieszczone. Kiedy podniosłam do góry wzrok, zobaczyłam nad swoją głową wyciągnięte ręce Pierrepointa - jakby w geście błogosławieństwa. Jego twarz z przymkniętymi oczami była pełna ciszy i spokoju. O tak, Albert Pierrepoint jak żaden inny kat potrafił swoim łagodnym spojrzeniem uspokoić nerwy skazanych, których miał za moment wysłać w daleką podróż w zaświaty. Ja mu zaufałam. To naprawdę dobry kat.

*

Tak się złożyło, że nabyłam mieszkanie w Gdańsku, które ulokowane jest na szóstym piętrze. Kupując je nie pomyślałam, że w tym starym bloku z lat 70. są... windy. Ale wiecie co...? Będąc tam, nie mam zamiaru pokonywać schodów, aby dostać się do mieszkania lub wyjść z bloku. Może się starzeję? Może jestem leniwa? A może po prostu... już się nie boję.

3. Aby fakty stawiać ponad fikcję
O bulgoczącej wodzie

Może to nie jest przypadek, że znalazłam się razem z Irmą Grese w części wystawy w Muzeum Ravensbrück pod tytułem: "Fakty i fikcje. Nadzorczynie SS w kulturze popularnej". Ona jest tam umieszczona jako fotograficzny wydruk na dużej planszy, ja natomiast jestem screenem z moim własnym blogiem. Ta dziwna relacja między nami była dla mnie sporym zaskoczeniem w 2020 roku, kiedy przyjechałam do Ravensbrück na otwarcie wystawy o nadzorczyniach. Chociaż, czy aby na pewno powinnam być tym faktem zaskoczona? Nigdy nie rozmawiałam na temat Irmy Grese, kiedy byłam w Ravensbrück. Przyjęłam zasadę, aby w ogóle nie poruszać w rozmowach z pracownikami tego Miejsca Pamięci zagadnień o nadzorczyniach. Może w ten sposób sama siebie oszukiwałam, że nikt nic nie wie o moich zainteresowaniach, ale jak widać po latach - ktoś jednak o tym wiedział. 

Kiedy klikałam w mały ekran z moim blogiem, w jego szybie odbijała się sylwetka Irmy Grese, stojąca za moimi plecami. Pamiętam, że czułam się bardzo niekomfortowo, gdyż nie lubię, jak ktoś stoi za mną i patrzy się na mnie przeszywającym wzrokiem. Moje ciało zesztywniało, a w umyśle zaczęłam panicznie szukać drogi ucieczki. Niestety, było to małe pomieszczenie, więc jedyne co mogłam zrobić, to przejść do drugiego, jeszcze mniejszego pokoju, co natychmiast zrobiłam - aby uniknąć surowego spojrzenia Irmy Grese. Stałam tam i czekałam, aż ktoś inny wejdzie na tę część wystawy i odciągnie uwagę Irmy Grese, a ja będę mogła szybko wybiec, z pewnością przez nią niezauważona. 


Jak możecie się domyśleć - nikt nie przychodził, a moja panika narastała z każdą sekundą. Czułam, że nie dam rady przejść obok tej planszy, chociaż z całych sił przekonywałam siebie, że to tylko nadruk i nie może mi nic zrobić. Jednak po doświadczeniach z tym, co działo się w czasie studiów w Muzeum Auschwitz, a potem na planie filmowym, wcale nie było mi do śmiechu, że patrzy się na mnie... wydrukowany obraz. Patrzy i widzi. 

Ten opis brzmi niczym koszmarny sen wariata, ale kolejny fakt jest taki, że w 2020 roku znowu uciekłam przed Irmą Grese. A przecież w Muzeum Auschwitz w 2018 roku obiecałam jej, że nie będę już uciekać... Bardzo powoli przeszłam obok niej, ze strachu niemal ocierając się o szklaną gablotę, w której wyeksponowana jest replika uniformu. Irma swoim zwyczajem, wodziła za mną oczami, a ja chciałam jak najszybciej zniknąć spod jej krytycznego spojrzenia, co ostatecznie mi się udało. Próbowała mnie zatrzymać, coś do mnie mówiąc, ale ja tego nie dosłyszałam - moje nogi zbiegały już po krętych schodach. A potem zaczęły mnie zjadać... wyrzuty sumienia.

Zjadały mnie wyrzuty sumienia i taki stan rzeczy trwał przez cztery kolejne lata. Robiły to po małym kawałku, dlatego za bardzo tego nie odczuwałam i nawet o tym za bardzo nie myślałam. Znacie z pewnością czym jest "syndrom gotującej się żaby"? Tak właśnie to wyglądało i tak się czułam, aż do czasu, kiedy wreszcie woda zaczęła być naprawdę gorąca.

Woda wyraźnie zabulgotała w Niderlandach w lipcu 2024 roku. A dokładniej zagotowała się w miejscowości Haarlem, w domu przy ulicy Barteljorisstraat 19. Gdyby woda gotowała się w czajniku na kuchni, mogłabym nawet usłyszeć narastający gwizd. W pewnym sensie go usłyszałam. Siedziałam wtedy w przytulnym saloniku na piętrze pewnego domu. Zza okien dochodziły odgłosy ulicznego ruchu. Miła starsza pani obdarowywała swoich gości przyjaznym spojrzeniem. Gdyby tylko mogła, poszłaby do kuchni, zdjęła czajnik z gotującą się wodą, wyjęła gwizdek i zalała herbatę w filiżankach. Jednak sympatycznie wyglądająca pani nie mogła tego zrobić, gdyż była tylko fotograficznym wydrukiem. 
Chodząc po jej mieszkaniu, w jednym z pokoi zauważyłam duży otwór w ścianie, a za nim ciemne pomieszczenie. Nie było ono straszne, gdyż jego przeznaczeniem był... ratunek ludzi. Czasem to, co na pierwszy rzut oka wygląda niepokojąco, pełni pozytywną funkcję i pomaga przetrwać trudne emocje. Tak właśnie było z "bezpieczną kryjówką", którą stworzyła dla obcych sobie osób miła pani - Corrie ten Boom - ratując żydowskich sąsiadów przed aresztowaniem oraz wywózką do obozu koncentracyjnego. 

Znałam dobrze tę historię, w której trauma wojny i przebaczenie sprawcy zawsze poruszały moje serce. Siedząc w przytulnym saloniku w mieszkaniu Corrie ten Boom zrozumiałam, że jest pewna sprawa, którą muszę pilnie rozwiązać, inaczej woda całkiem wykipi, a mnie doszczętnie zjedzą wyrzuty sumienia. Wyrzuty sumienia wobec sprawcy. W sierpniu 2024 roku, niczym skarcony przez nauczyciela uczeń, weszłam ponownie do willowego domu na osiedlu w Ravensbrück. Od razu skierowałam swoje kroki na piętro, tam gdzie jest część wystawy o “faktach i fikcjach”. 


W holu na długiej ławie ułożono kolorowe poduszki z wyhaftowanymi słowami: "Ich habe noch einmal nachgedacht und möchte gern ergänzen…" ("Przemyślałam to jeszcze raz i chciałabym dodać…"). Stanęłam przed wydrukiem Irmy Grese mówiąc, że przemyślałam sobie kilka spraw i też chciałabym coś od siebie dodać: że przepraszam za to, że znowu uciekłam, kiedy potrzebowała pomocy; że wielokrotnie dałam się omamić fikcjom i kłamstwom; że nigdy nie miałam odwagi stanąć na tej zapadni, ale jeśli będzie taka konieczność - wrócę do Hameln, aby opisać wydarzenia z przeszłości poprzez archiwalne dokumenty. 
W czerwcu 2024 roku zaczęłam już pisać swoje opracowanie "Schnell!", a będąc w Niderlandach pracowałam nad ilustracjami. Po wizycie w domu Corrie ten Boom zrozumiałam, że lepiej być w dobrych relacjach z kimś, o kim pisze się książkę, nawet jeśli ta znajomość nie należy do najłatwiejszych, a główna postać - od dawna nie żyje. To dzięki niej miałam bloga, którego z sukcesem rozbudowywałam od kilku lat, a którego screen zamieszczono na wystawie "fakty i fikcje". Potem wszystko się zmieniło, jakby wreszcie ktoś włączył światło w ciemnym pomieszczeniu. W świetle zawsze lepiej wszystko widać i łatwiej się pisze, niż po ciemku.

Poprosiłam więc Irmę Grese o pomoc, bo jeśli zamierzałam napisać o niej książkę biograficzną, potrzebowałam wsparcia od osoby, której życiorys oraz tragiczną śmierć miałam dokładnie zbadać. Z perspektywy czasu wiem, że pogodzenie się ze sobą na wzajem było właściwym rozwiązaniem sytuacji, a zebrane wspólnie dokumenty ułożyłyśmy w spójną opowieść z przeszłości, opartą na faktach, a nie fikcji... Po roku, będąc znowu w Ravensbrück kończyłam pisanie swojego opracowania "Schnell!". W zasobach archiwum sprawdziłam jeszcze komanda robocze, które nadzorowała Irma Grese. Byłam zadowolona z efektu swojej pracy, a przede wszystkim z decyzji, aby poprosić zmarłą osobę o pomoc. W 2018 roku pomogła mi z blogiem, a w 2025 roku z zebraniem dokumentacji do książki o niej samej. Bez jej trafnych wskazówek oraz podpowiedzi, zapewne wciąż zastanawiałabym się, czy pisać do urzędu miasta Woldegk lub wysłać maila do niemieckiego historyka z Hameln. Gdyby nie jej duchowe wsparcie z tej "drugiej strony" nie wiem, czy byłabym w stanie przejść jeszcze raz przez tę drogę cierpienia, traumy i bólu. I dobrnąć do mety z podniesioną głową. 


4. Aby móc przebaczyć - trzeba najpierw pokochać
O Aniele Stróżu za 6,95 Euro

"Nie rozumiesz? To zawsze chodzi o miłość" - powiedziała do mnie Irma Grese, kiedy w lipcu 2025 roku spacerowałam wzdłuż promenady nad Wezerą, patrząc na rzeźbę o tytule: "Kochankowie". Kobieta i mężczyzna stali tuż nad rzeką, w miłosnym uścisku. Ona wtuliła twarz w jego ramię, on położył swoją dłoń na jej pośladku. Nie wydawali się ani skrępowani, ani nie przejmowali się spacerowiczami, rowerzystami, a tym bardziej lokalizacją, w której ich ustawiono: terenem byłego więzienia "Zuchthaus Hameln". Ich nagie, ciemne sylwetki wyraźnie odcinały się od tła zbudowanego z zielonych krzewów i płynącej spokojnie wody.

Irma Grese nazwała miasta Celle i Lüneburg "miejscami grozy". Zapewne Hameln było dla niej równie przerażające - została tam zawieziona pod przymusem i już nigdy żywa nie opuściła gmachu więzienia. Zamieszkała na osiem lat w drewnianej lichej skrzyni, trzy metry pod ziemią, w wilgotnym ciemnym grobie, regularnie zalewanym wysokim poziomem wody z pobliskiej rzeki Wezery. Po ośmiu latach z pięknego ciała Irmy Grese zostały same kości i w takim też stanie wydobyto ją spod ziemi w marcu 1954 roku. Wciąż jednak uśmiechała się swoimi białymi, równymi zębami. Może była zadowolona z przeprowadzki na cmentarz Wehl?

W lutym 2016 roku przyjechałam do Dolnej Saksonii, ale wszystkich oszukałam. Powiedziałam znajomym i rodzinie, że jadę do Lüneburga, aby oglądać zabytki gotyku ceglanego. W rzeczywistości oglądałam zupełnie inne "zabytki". Zaplanowałam dokładnie długą trasę "śladami procesu i egzekucji Irmy Grese", przy okazji fundując sobie małą traumę. Czułam się naprawdę źle, a moja kondycja psychiczna była daleka od ideału. Nie powinnam przebywać w miejscach, gdzie ludzie umierali na szafotach, zwłaszcza na szubienicach, bo rozumiecie - "winda"... A kiedy dotarłam do Hameln, ze zdenerwowania kręciło mi się w głowie. Szczerze nienawidziłam tego "miasta grozy i śmierci".  


Niewiele też pamiętam ze swojego jednodniowego pobytu w Hameln w 2016 roku. Mam w głowie tylko migawki z tamtych wspomnień. Mój system nerwowy prawdopodobnie włączył "tryb przetrwania", odcinając mi świadomość. Pamiętam jak przyjechałam pociągiem, ale za bardzo nie wiem, jak wróciłam stamtąd do Lüneburga, gdzie miałam nocleg. Zapamiętałam zieloną figurkę Fletnika, który kręcił się na elewacji Domu Weselnego, pamiętam duży stary kościół z ołtarzem, na którym umieszczono datę "1945" i bardzo dobrze zapamiętałam lustrzanego szczura z numerem "9", stojącego w holu czterogwiazdkowego hotelu nad Wezerą. Tego szczura zapamiętałam najlepiej. 

Dlatego, gdy w lipcu 2025 roku ponownie przyjechałam do Hameln, wydawało mi się ono całkiem nieznane. Jakbym zwiedzała je pierwszy raz w życiu, a przecież była to moja trzecia wizyta w tym mieście! Obeszłam wszystkie miejsca, w których byłam w 2016 roku, a przynajmniej tak mi się wydawało. Po wielu spacerach urokliwymi uliczkami stwierdziłam, że Hameln jest miastem... aniołów. Są wszędzie: w kościołach, witrynach sklepowych, na cmentarzach - trzeba umieć je dojrzeć, aby się nimi zachwycić. Jednak najwięcej aniołów zaobserwowałam na ulicy Bäckerstraße 3. 

Weszłam do niewielkiego sklepiku z pamiątkami, jakich wiele jest na zabytkowej starówce. Wśród magnesów, breloczków, szalików, kubków, czapek, kartek pocztowych i figurek w kształcie szczurów, zauważyłam duże stoisko z gadżetami o tematyce anielskiej. "Schutzengele" były w przeróżnych rozmiarach i motywach. Obeszłam stolik z aniołami, a dla siebie wybrałam kilka drobnych pamiątek z wizerunkiem miasta Hameln i Fletnika. Udałam się do kasy, aby zapłacić za zakupy, pan naliczał produkty, a moja ręka - bez akceptacji mózgu - trafiła w sam środek niewielkiego pojemniczka, który stał na ladzie, tuż przy kasie. W tym samym momencie usłyszałam głośne słowa: "Kupi mi to!". Podskoczyłam myśląc, że to ktoś stojący w kolejce za mną powiedział te słowa. Ale byłam w niemieckim mieście, więc mało prawdopodobnym byłoby to, aby człowiek za mną mówił po polsku, tym samym wiedząc, skąd pochodzę.

Kiedy poczułam, że trzymam rękę w jakimś pojemniku, spojrzałam w dół i zobaczyłam swoje palce zanurzone w jakiś dziwnych kolorowych ni to cukierkach, ni koralikach. Zamrugałam oczami, wciąż będąc w szoku, dlaczego właśnie dotykam rzeczy, której nie chciałam kupować, ale głos w mojej głowie powtórzył wyraźnie polecenie: "Kup to!". Sprzedawca skończył naliczać zakupy, spojrzał na mnie, a ja poczułam, że twarz robi mi się czerwona. Czyżbym chciała coś ukraść stojąc tuż przy kasie? Nigdy nie zdarzyła mi się podobna sytuacja. Ale głos powiedział, abym to coś kupiła, więc w ułamku sekundy przyjrzałam się z ciekawością, co to właściwie jest i dopiero wtedy dostrzegłam kartkę z drukowanymi literami: "SCHUTZENGEL".


Anioł Stróż! Cichy towarzysz trudnej drogi przez historię "miasta grozy i śmierci". A więc nie były to ani cukierki, ani koraliki, tylko... małe zawieszki w kształcie aniołków, takie jakie nosi się przy bransoletkach typu "charms". Ale potem mój wzrok zarejestrował jeszcze większy napis: "6,95 €" i znów poczułam, jak twarz płonie mi - nie z zaskoczenia, lecz ze wściekłości. "Ale to kosztuje 6,95 Euro!!!" - wykrzyczałam w myślach. Jak możecie się domyśleć tajemniczy głos natychmiast odpowiedział słowami, których nie mogłam podważyć: "A co, żałujesz mi?". 

Gdyby tylko mogły, moje włosy stanęłyby dęba, twarz uszy i tak płonęły czerwienią, a wszystko to na oczach coraz bardziej zdziwionego sprzedawcy. "Poproszę jeszcze tego anioła..." - wymamrotałam cicho, dukając po niemiecku. Wybrałam kolor jasnoróżowy, zapłaciłam kartą i czym prędzej wyszłam ze sklepu, wciąż przeżywając, że dałam się namówić na zakup tak małej rzeczy za prawie 7 Euro! Zawieszkę schowałam do kieszeni kurtki i poszłam zwiedzić muzeum miasta Hameln, gdzie na wystawie zobaczyłam szklaną gablotkę z wyeksponowanym starym dokumentem zawierającym "listę powieszonych osób". Na pierwszej stronie, pod numerem "9" napisane było nazwisko Irmy Grese... 


Jadąc do Hameln martwiłam się, że oprócz ziemi z Wrechen, nie mam nic innego dla Irmy Grese, a przecież nie powinno się iść na cmentarz z garścią ziemi w słoiku. Na szczęście, zmarli czasem sami nas wyręczają w podjęciu decyzji i wybierają sobie to, co chcieliby dostać. Jak już wcześniej pisałam: trzeba umieć ich usłyszeć, może czasem nawet trochę się z nimi podroczyć, ale czy na tym nie polega prawdziwa relacja dwóch osób? Przywieszka pasowała idealnie pod kolor róży kupionej tego samego dnia oraz wstążki. Razem tworzyły zgrany wizerunkowo komplet. Anioł Stróż za 6,95 Euro powędrował tam, gdzie jest miejsce aniołów stróżów, dla tych, co najbardziej potrzebują ich wsparcia: na cmentarz, wprost na kwaterę CIII i mieszka tam do dnia dzisiejszego, przyczepiony do małej róży, która przetrwała grudniowy chłód. 

Na drugi dzień wzięłam ze sobą na miasto rower obładowany sakwami i plecak ze stelażem, gdyż po południu miałam pociąg powrotny do Berlina. Odnalazłam sklepik przy Bäckerstraße, zostawiłam rower przed wejściem i od razu skierowałam się do kasy. "Poproszę to!" - powiedziałam wyraźnie po niemiecku do sprzedawcy, wybierając z pudełeczka zawieszkę z aniołkiem w kolorze jasnoniebieskim. Sprzedawca zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem. Uśmiechnęłam się, bo tak jak Irma Grese, ja też chcę mieć swojego Anioła Stróża za 6,95 Euro, który przypomina mi o tym, że przebaczenie sprawcy jest najtrudniejszą miłością.   

Jeśli kiedyś przyjedziecie do miasta Hameln i będziecie zdziwieni słysząc szczury mówiące ludzkim głosem… Jeśli kiedyś tak się zdarzy, że staniecie na rozwidleniu dróg, z których jedna prowadzić będzie na zatłoczony szlak, a druga wyda się zarośniętą, wąską ścieżką… Jeśli kiedyś otrzymacie do rozwiązania bardzo trudną łamigłówkę i nie mogąc znaleźć rozwiązania, podniesiecie rękę, prosząc o wskazówkę… Odpowiem wam słowami, które sama wcześniej usłyszałam: "Czego nie rozumiecie? To zawsze chodzi o MIŁOŚĆ"!


5. Aby szanować zmarłych, kimkolwiek byli za życia
O dzbanuszku na mleko

Moja relacja z cmentarzem Wehl również nie należała do najłatwiejszych, podobnie jak z całym miastem Hameln. A przecież bardzo lubię spacerować po cmentarzach i widok nagrobków nigdy mnie nie przerażał. W 2012 roku Irma Grese "weszła" z impetem do mojej pracy magisterskiej, rozsiadając się wygodnie na całej długości jednego z podrozdziałów. "Obrazy przemocy", które były częścią teoretyczną mojej magisterki na Akademii Sztuk Pięknych, powstały z bezsilności wobec braku dziennikarskiej moralności. Czyżbym nie wyciągnęła wniosków z tragicznej historii Irmy Grese, której wizerunek został tak bardzo wypaczony już w chwili siedzenia na ławie oskarżonych? Podobnie jak ona, sama musiałam potem wysłuchiwać, a raczej wyczytywać, okropne komentarze kierowane w swoją stronę po publikacji wywiadu w "Wysokich Obcasach". Człowiek uczy się całe życie...

"Tak prędko? Co to było? Czy się młodość swą przeżyło?".

Druga część mojej pracy zaliczeniowej, dotyczyła projektu graficznego książki z ilustracjami. Wiele przykrych spraw zbiegło się wówczas w moim życiu, ale jedno pozostawało bez zmian: zawsze gdzieś za moimi plecami zmarli prowadzili nieustanne dialogi, a ja bardzo chciałam ich słuchać. Mój ulubiony rower, niemiecki Dürkopp, w 2012 roku również "wrócił z zaświatów" - zresztą sama go stamtąd wyciągnęłam. Został skradziony z terenu uczelni, a po pół roku poszukiwań - odnalazłam go w całkiem odmienionym stanie: był biały niczym... duch.

Postanowiłam wykorzystać okazję, a biały rower skojarzył mi się z instalacjami montowanymi w miejscach upamiętniających rowerzystów, którzy zginęli na drodze. Białe rowery-duchy są przestrogą dla tych, co mają nadzieję na wiele żyć, niczym w grze komputerowej. Mój własny, uprzednio skradziony, a jednak odnaleziony rower stał się częścią pracy zaliczeniowej dotyczącej "Epigrafiki" - projektu ilustracji książkowe opartej na tekstach nagrobkowych, zwanych epitafiami, które umieszczano na cmentarzach. Aby zebrać odpowiednią ilość tekstów, odwiedzałam warszawskie cmentarze i czasem musiałam nieźle się nagimnastykować, aby odczytać wybrane inskrypcje z początku XX wieku. Każdą wolną chwilę spędzałam więc na cmentarzach, zbierając dokumentację i układając pojedyncze zdania w spójną opowieść o utracie bliskich i przemijaniu.  

"Jakże tak można pośrodku rozmowy zniknąć... i nawet nie powiedzieć: WRÓCĘ!".

Zawsze lubiłam dłubać w ziemi i nie inaczej było w czasie moich spacerów po terenie byłego obozu Birkenau, który także uznawany jest za cmentarz. Na kilkudziesięciu hektarach porośniętych dziś gęstą trawą, pochowane są głęboko w ziemi szczątki osób, których ciała spopielono w obozowych krematoriach. Czasem można dostrzec różne przedmioty wyłaniające się po obfitszym deszczu z podmokłego gruntu, które przeleżały w tym miejscu przez 80 lat. Kiedy w maju 2025 roku kucnęłam przy bramie wejściowej na dawny odcinek budowlany BIIc, swoim zwyczajem zaczęłam przyglądać się temu, co jest pokryte niewielką ilością ziemi. Wśród potłuczonych szklanych izolatorów o nietypowym seledynowym kolorze, leżał też maleńki kawałek ceramiki z delikatnym niebieskim ornamentem kwiatowym. Wzięłam ostrożnie do ręki ten kawałek przedmiotu, będącego namacalnym świadectwem z przeszłości, który jakimś cudem przetrwał przez kilkadziesiąt lat i... zrobiłam mu zdjęcie.

"Leć duszo moja, leć wyswobodzona!".

Jeśli patrząc na poniższy kadr, macie w tej chwili wrażenie, że już gdzieś widzieliście podobny motyw, jak ten na dzbanuszku z mlekiem, możecie przewinąć moją opowieść do punktu pierwszego i znaleźć zdjęcie z kawałkiem ceramiki, którą trzymam w ręku. W lipcu 2026 roku, w mieszkaniu pana Bernharda Gelderbloma też miałam uczucie silnego déjà vu: zdecydowanie już gdzieś wcześniej widziałam ten kwiatowy motyw na ceramice! 


Nie musiałam długo szukać w czeluściach swej pamięci odpowiedniej szufladki, w której przechowywałam wspomnienie z mojej wizyty w dawnym obozie BIIc w maju 2025 roku. Dłubiąc wówczas palcem w ziemi, przeszła mi przez głowę myśl, że boję się lipcowego wyjazdu do Hameln i spotkania z Pierrepointem w więzieniu. Zrobiłam rezerwację na dwa noclegi, jednak w moim umyśle, luksusowy hotel nad Wezerą wciąż był takim samym ponurym zakładem karnym, jak za czasów brytyjskiej okupacji w 1945 roku. Niepokojące wizje białych kapturów, grubych lin i katowskich dłoni osaczyły mnie ze wszystkich stron, kiedy kucałam pod bramą wejściową do obozu BIIc. Ale jeszcze bardziej bałam się, że zostanę z tym całkiem sama: że nie będzie ze mną Irmy Grese, a przecież ona zna to najlepiej... z własnej autopsji. We dwoje raźniej się umiera, a przecież brytyjska szubienica w Hameln była konstrukcją dla dwóch skazanych. 

Kawałek ceramiki z nadrukiem zostawiłam w miejscu jego znalezienia: tuż obok bramy do obozu BIIc, który w lecie 1944 roku był "królestwem Irmy Grese". Nie powinno się wynosić niczego z terenu Muzeum Auschwitz, a co pierwotnie zostało tam przywiezione przez więźniów. Wychodząc przez bramę, obejrzałam się jeszcze przez ramię i rzuciłam w pustą przestrzeń Lagerstraße: "Bądź ze mną w Hameln...!". Po chwili biegłam już przez rampę, aby zdążyć na ostatni tamtego dnia autobus dla turystów, odjeżdżający w kierunku miasta Oświęcim.

"Może się trochę spóźniłam
może zabrakło mi szczęścia
może ZŁE CZASY wybrałam
i dla mnie nie ma tu miejsca?".

W lipcu 2026 roku siedziałam przy owalnym stole w mieszkaniu starszego małżeństwa. Miło wyglądający ludzie nie byli jednak fotograficznymi wydrukami - byli jak najbardziej prawdziwi! To dzięki Irmie Grese mogłam siedzieć w salonie ich przytulnego, rodzinnego domu w mieście Hameln. I wciąż zastanawiałam się, jak to w ogóle było możliwe?! 


Znałam pana Bernharda Gelderbloma od prawie 20 lat. To znaczy, ja go "znałam", a on mnie - nie. Znałam go poprzez jego stronę internetową, na której opisywał burzliwe wydarzenia, których doświadczyło miasto Hameln po zakończeniu II wojny światowej. Czasem odwiedzałam jego stronę, próbując nieporadnie tłumaczyć niemieckie artykuły o egzekucjach oraz pochówkach w kwaterze CIII. Jednak zawsze brakowało mi odwagi, aby się z nim bezpośrednio skontaktować. Przed wyjazdem do Hameln w 2025 roku, Irma Grese wyraźnie nakazała mi, abym pilnie nawiązała kontakt z panem Gelderblomem. "Sama sobie z tym nie poradzisz" - powiedziała stanowczo, a ja nawet nie próbowałam z nią dyskutować. Nie planowałam podejmowania żadnego kontaktu z niemieckimi historykami z Hameln, bo dobrze wiedziałam, czego dotyczą moje badania i że kwatera CIII na cmentarzu Wehl była taką niemiecką strefą "no-go zone". Zaczęłam analizować usłyszane słowa i cóż było zrobić - napisałam maila - ale, jeśli mam być szczera - z duszą na ramieniu. 

Podpowiedź z zaświatów, a raczej odgórny nakaz, okazał się strzałem w dziesiątkę. Z perspektywy czasu wiem, że sama bym sobie z tym nie poradziła. Nie miałabym szans na przeprowadzenie udanej kwerendy archiwalnej, wizji lokalnych na cmentarzu oraz publikacji artykułu o powieszonych osobach w lokalnej prasie, gdyby nie bezinteresowna pomoc niemieckiego historyka. Zrozumiałam to w pełnej jasności swojego umysłu, kiedy rok później, w lipcu 2026 roku, pan Gelderblom wraz z żoną, zaprosili mnie jako gościa do swojego domu w Hameln. Rano zeszłam na śniadanie, a w salonie czekała już na mnie miseczka płatków owsianych z owocami, zaparzona kawa, a tuż obok stał... biały, trochę popękany dzbanuszek z mlekiem. Kiedy go zobaczyłam, utkwiłam wzrok w charakterystycznym nadruku, a po chwili wzięłam do ręki telefon, włączyłam Facebooka i odnalazłam w swojej galerii zdjęcie, które zrobiłam rok wcześniej na terenie obozu BIIc. Kawałek ceramiki z obozu Birkenau okazał się elementem tej samej zastawy, w skład której wchodził dzbanuszek na mleko z miasta Hameln.

Codziennie pijąc rano kawę, nalewałam sobie mleko z małego dzbanuszka. Pęknięcia na ceramice świadczyły, że musiał spełniać swoje zadanie od wielu, wielu lat... Potem wsiadałam na rower i jechałam do miasta, aby dotykać drżącymi palcami pożółkłe dokumenty, nagrywać filmy i robić zdjęcia. A kiedy letni wieczór powoli otulał wezerskie wzgórza i słońce zaczynało się zniżać, naciskałam klamkę cmentarnej furtki, biegnąc na spotkanie z kimś, kto zawsze na mnie czekał pośród wilgotnych liści gajowca i paproci. 

"Nie wstrzymuj tej wody. Wszyscy odpływamy na wieki". 


*

Irma Grese jest dla mnie ważna i nie zamierzam tego ukrywać. Kiedy założyłam tego bloga w 2018 roku, nie chciałam za bardzo o niej pisać, aby nie wzbudzać w sobie różnych trudnych wspomnień, które dotyczyły jej osoby. Jednak od zakończenia studiów w Muzeum Auschwitz coś się we mnie zmieniło i zrozumiałam, że nie można w nieskończoność uciekać od demonów przeszłości. One i tak nas dogonią, prędzej czy później, a chowanie głowy w piasek nie jest rozwiązaniem problemu. Dziś, z perspektywy kolejnych kilku lat spędzonych w towarzystwie "dziewczyny w kraciastej spódnicy" wiem, że nie nazwałabym jej "panną Nikt". I wiem też bardzo dobrze, że nawet jeśli Irma Grese nie może osobiście reagować na słowa nienawiści kierowane w jej stronę, to tuż za nią - idę ja - badaczka Zagłady w całkiem realnej cielesnej powłoce i drobiazgowo rozliczę każdego, kto podniesie rękę na prawdę historyczną.  

Każdy ma swoją symboliczną "wieżyczkę wartowniczą", na którą musi wejść. Może nadejdzie też taka chwila, kiedy trzeba będzie stanąć na zapadni swojego życia, wyczekując z lękiem momentu, aż ktoś inny podejdzie i pociągnie za wajchę... Na daleką podróż do wnętrza swojego serca i umysłu warto założyć "pantofelki z Auschwitz", które - jeśli tylko im pozwolimy - bezpiecznie przeprowadzą nas przez, wciąż za mało uczęszczany: szlak przebaczenia!  

W świecie przesyconym przemocą i hejtem, prawdziwą sztuką jest umiejętność wzbudzenia w sobie empatii. Z wysokiej "wieżyczki wartowniczej" wyraźnie widać, że wielkie zło można pokonać małym dobrem, aby nie zatracić swojego własnego człowieczeństwa. A jeśli już tak się zdarzy, że nasz wzrok chwilowo zaślepi nienawiść, pogarda lub obojętność, zmarli pośpieszą z pomocą, podając nam swoje oczy na płaskiej tacy, abyśmy umieli prawdziwie zobaczyć człowieka w człowieku.


Zobacz też:

Komentarze


Popularne posty:

Translate